Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamarła Turnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamarła Turnia. Pokaż wszystkie posty

4 sierpnia 2014

Zamarła Turnia drogą Motyki

Po sezonie deszczy zenitalnych trwających mam wrażenie nieprzerwanie w Tatrach od początku lipca meteoblue oznajmia ładną pogodę. Zapowiedź jest dla mnie prawie jak wystrzał ze startera – ładuję do plecaka potrzebny sprzęt, kilka ciepłych ubrań, bo po Tatrach nie wiadomo czego się spodziewać, dopinam szczegóły z moim partnerem i mknę z przyjaciółmi (drogami szutrowymi!!!) do Zako!

W Betlejemce zastanawiamy się, jaką drogę wybrać nazajutrz. Wiele odpada z racji już wcześniej wspomnianych opadów – zacięcia i kominy mogą nie wyschnąć, gdzieś tam może kapać, z czegoś się lać. Postanawiamy zatem, że wybierzemy się na Zamarłą. Wchodnio-południowa ściana szybko wyschnie w porannych promieniach słonecznych a i my skorzystamy na wspinie z pięknych warunków pogodowych. Mój partner Jędras, ratownik górski, który zęby zjadł w ścianach, wybiera drogę Motyki. Śledzę szkic i w sumie nie widzę żadnych przeciwwskazań! Robimy to!

Klar na stanowisku

Droga Motyki na Zamarłej Turni to przepiękna linia poprowadzona mega logicznie w litej skale. Z resztą jest wiele dróg w Tatrach, których autorzy prowadzili je po najbardziej narzucających się formacjach. Dziś należą do kanonu… Wśród nich są również drogi Motyki - zawsze w litej skale, logicznie poprowadzone ładnymi formacjami, narzucające się w prowadzeniu o odpowiedniej solidnie „piątkowej” wycenie – nie zaniżonej, nie zawyżonej.

Droga Motyki to dobra asekuracja, przygotowane stanowiska, zapierająca dech w piersi ekspozycja, czytelny przebieg oraz mnogość formacji skalnych.

Pod ścianę przybywamy rano, jednak nie na tyle wcześnie by być pierwszym zespołem. Niestety przed nami już się wspinają ale wykorzystujemy ten czas na zrestowanie po blisko dwugodzinnym podejściu, posilenie się i rzucenie okiem na przebieg drogi. Staram się zapamiętać jak najwięcej ze szkicu, by jak najmniej po drodze męczyć Jędrasa pytaniami – a teraz w prawo, w lewo? A tuuuu cooo?

Dzielimy się prowadzeniem po równo – ja ciągnę I i III wyciąg, Jędras II i IV – jak się miało okazać, kolega wziął na siebie te trudniejsze odcinki – bowiem płyta na II wyciągu ze względu na swój charakter, lufę pod nogami, kompletny brak stopni i chwytów (i znów powtarzana przeze mnie mantra – granit trzyma, granit trzyma – zaufaj mu)  wywołała u mnie nagły przypływ adrenaliny.  Z resztą zastanawiam się nad fenomenem chodzenia na drugiego. Kiedy prowadzę nie ma czasu na wahanie się, rozkminanie – gdy nie potrafię od strzała poradzić sobie z jakąś trudnością restuję, sprawdzam czy ubezpieczenie dobrze siedzi w skale, biorę głęboki wdech i atakuję kolejny raz. Gdy idę na drugiego męczę się, szamoczę, przeklinam a gdy już przejdę zastanawiam się jak mój partner to pociągnął?! Ten to dopiero musi mieć psychę! I na takich właśnie przemyśleniach minęła mi droga Lewych Wrześniaków, na których wybałam się jak nigdy dotąd!

Ale wracając do Motyki… Start drogi wyznaczają zielonkawe płyty z ryskami, u podnóża wielkiego zacięcia zakończonego jakby literą Y. My postanawiamy wystartować od samej podstawy ściany, choć stanowisko asekuracyjne znajduje się jakieś 10 metrów nad nami. Robię 50 metrowy wyciąg zacięciem aż pod okapy, gdzie znajduje się stanowisko z haka i stałego punktu. Po drodze są dwa fajne miejsca przysparzające o szybsze bicie serca. Zacięcie z perspektywy stanowiska wygląda przepięknie. W dole widoki na Pustą Dolinkę, ludzie jak mróweczki na Orlej Perci pnący się na Kozi Wierch, rozkosznie grzejące słońce i wyrywający z błogiego letargu głos partnera „idęęęęę”.

Kolejne dwa wyciągi można połączyć w jeden, choć załamanie liny może być całkiem spore, prowadząc do jej przesztywnienia. Stąd Jędras wbijana drugi wyciąg zaczynający się psychicznym trawersem i jeszcze gorszą płytą, którą wspina się cały czas z odchyleniem na prawo ku ostrzu filara, z którego w lewo wydostajemy się na stanowisko testowe na tak zwanym balkonie. Płyta stanowi dla mnie zagwostkę i jest lekcją zaufania – mając pod nogami kilkudziesięciometrową lufę należy zrobić kilka czujnych ruchów (nie zapominając przy tym o odychaniu) by sięgnąć do kantu i mieć wrażenie, że choć jedną kończyną człowiek się czegoś trzyma.

Z półki prowadzę ja przez litą płytę do trawersu Zamarłej, gdzie jest kolejne trzecie już stanowisko i piękne zacięcie będące już ostatnim wyciągiem. Zacięcie to, to ciąg trudności równo rozłożonych na około 40 metrach na podobnym poziomie. Ekspozycja i wysokość robią swoje ale o dziwo podczas wspinania nie ma czasu na myślenie o tym czy kontemplowanie.

Drogę kończy 15 metrowa rynna. Na szczycie czuję szczęście, adrenalinę, zmęczenie, poczucie wykonania świetnej, nikomu niepotrzebnej roboty! Na szlak schodzimy na żywca, zdejmujemy buty wspinaczkowe i… jakby na umówioną godzinę spotykam znajomych z klubu, którzy robią zacny projekt – Orla Perć w jeden dzień (jak się miało później okazać bite 14 godzin w drodze, a byłoby znacznie szybciej, gdyby nie spowalniający ich inni użytkownicy żelaznej perci). Ach cudowne są takie spotkania!



Czarny Staw Gąsienicowy

Droga Motyki widziana z dołu - nawet widać zespół na 1 stanowisku pod okapem.

Plażing na balkonie za II wyciągiem

Liny Jędrasa mnie urzekły :)

Jędras na IV wyciągu - chyba najpiękniejszym z całej drogi

i taki oto widok za przełamaniem skały - zasłużony odpoczynek na szczycie...

... z widokiem na Dolinkę Pustą i Pięć Stawów

Zdjęcie zdobywców musi być

Szukamy finiszu Lewych Wrześniaków, przed nami grań Orlej Perci - opowiadam o traumatycznym finiszu z burzą w tle podczas ostatniego wspinu

Adaś przy osławionej drabince na Koziej Przełęczy

13 lipca 2014

Spina na wspinie czyli Lewi Wrześniacy na Zamarłej Turni

Dzień później znów stajemy pod ścianą. Tym razem jesteśmy tu dużo wcześniej i będziemy ścigać się z czasem, bowiem pogoda nie daje za wygraną - znów ma padać, znów mają nadciągać burze.

Dzisiejszy stan psychofizyczny nie jest najlepszy - noc spędziliśmy w Schronisku w Pięciu Stawach - i zdawać by się mogło, że powinniśmy być wyspani, wypoczęci, najedzeni - rzeczywistość okazuje się jednak zgoła odmienna. W Pięciu Stawach poznajemy sporo ludzi - jest to wyjątkowe schronisko, które mam wrażenie jakoś zbliża do siebie ludzi - wieczorem wszyscy zasiadają przy stołach w jadalni i rozmawiają popijając piwo. Nie inaczej było z nami :) Zawiązane jednak wieczorową porą przez Ricciego znajomości procentują rano, gdy głodni i bez kasy (a właściwie bez kasy dla zasady-jedzenia przecież mamy pod dostatkiem w równoległej dolinie, na taborze) dostajemy od jednych pasztet, od drugich chleb, od trzecich kanapki. Ricci za każdym razem wkracza dumny z siebie z darami w rękach. Ścisła reglamentacja jaką wprowadzamy na ten dzień procentuje faktem, że wspinam się ze szturm żarciem, litrem wody i nawet nie dotykamy tego w ścianie...

Ricci w zjeździe z Lewych Wrześniaków

Ale po kolei - dzisiejszym celem są Lewi Wrześniacy na Zamarłej Turni - w końcu konkret wspinanie :) Dziś idę na drugiego - prowadzi Ricci - i byłoby pewnie wszystko ok gdyby nie mokre miejscami chwyty po wczorajszej zlewie, mega ekspozycja z wizją pięknego lotu krajoznawczego w razie czego i... zlewa na ostatnim wyciągu. Droga ma cztery wyciągi - robimy ją podobnie jak poprzednie w zespole trzyosobowym. Moim zadaniem jest dziś czeszczenie drogi ze szpeju zostawionego przez Ricciego i ogarnięcie stanowiska tak by nie schłamić lin - czyt. moja ostatnia specjalność.

Zamarła Turnia w tle - przerażająca adekwatna nazwa do tego miejsca

na podejściu jest jeszcze sporo śniegu - ale nie tylko tutaj - wiele szlaków jest jeszcze zasypanych, z czego niektórzy turyści niestety nie zdają sobie sprawy

Skupienie podczas asekuracji

na stanowisku jest fajnie :) W oczekiwaniu z Kaziem na skalnej półce na roznoszące się echem "chooooodź"

no i trzeba opuścić bezpieczne stanowisko i iść...


i iść...

i dalej iść....

i ciągle w górę...

raz po raz spoglądając za siebie...

Na szczycie - jak zwykle powierzchniowo mega obszernym, tak że nogi można przewiesić przez grań na dwie doliny - ulewa, lina się plącze... dobrze, że nie wali piorunami.

w zjeździe oczywiście już słońce - suszymy się.

Sweet focia - bo jakby inaczej - Ricci - bohater dnia dzisiejszego

i Kaziu na zjeździe, podczas którego uczym się jak najszybciej i najsprawniej opuszczać ścianę.