Od kiedy w okolicach Żarek powstały te asfaltowe ścieżki łączące Mirów – Żarki – Złoty Potok i Trzebniów zakochałam się na zabój w tej pętli. Kto choć raz próbował pokonać rowerem piaszczyste szlaki Jury Północnej ten wie, że albo trzeba mieć szerokie, solidne opony albo trzeba liczyć się z pchaniem roweru. Oczywiście nie wszędzie tak jest, ale miejsca szczególnie uczęszczane, w których bywają również auta czy quady wyglądają opłakanie.
Pętla znajdująca się nieopodal nas liczy sobie na odcinku Mirów – Żarki około 8 kilometrów i Przewodziszowice – Złoty Potok – Przewodziszowice około 18 km. Łącznie 34 kilometry nie są sumą powalającą ale wycieczkę można wydłużyć o zamek w Bobolicach lub historyczną pstrągarnię Raczyńskich w Złotym Potoku. To najstarsza w Europie pstrągarnia, która powstała w 1881 roku. Usytuowana w dolinie rzeki Wiercicy, a zasilana między innymi pobliskimi źródełkami Zygmunta i Elżbiety daje doskonałe warunki tutejszym lokatorom. Pstrągi, karpie i sandacze, które tu można zjeść są wyborne! Po drodze napotkamy również dwa źródełka – jedno w Złotym Potoku nieopodal pstrągarni. Drugie natomiast na terenie Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej w Żarkach.
W ten sposób pisze się idealny pomysł na wycieczkę, zwłaszcza z najmłodszymi! Taki dystans jest idealny na przyczepkowe eskapady albo dla małych rowerzystów. Mnie pętla ta wchodzi jeszcze z jednego powodu – rankiem nie ma tu absolutnie nikogo, więc szybka rundka na szosie działa lepiej niż kawa!
Dla tych, którzy chcą zrobić traskę zostawiając gdzieś auto – najlepiej zrobić to na bezpłatnym parkingu pod zamkiem w Mirowie, koło lokalnej restauracji. Można też zostawić je w Przewodziszowicach w miejscu, gdzie stykają się ze sobą dwie ścieżki. Znajduje się tam plac zabaw oraz mały, bezpłatny parking.
Z wypiekami na twarzy śledzę rozbudowę sieci ścieżek rowerowych VeloMałopolska. To osiem dalekobieżnych tras rowerowych poprowadzonych po cennych pod kątem przyrodniczym, kulturowym oraz historycznym rejonach województwa małopolskiego. W momencie natomiast gdy ujrzałam po raz pierwszy zdjęcia z Velo Dunajec bez cienia wątpliwości wpisałam przejażdżkę tym szlakiem na mój bucket list. Ot, takie wielkie małe marzenia.
Długość całej trasy wynosi 237 km i zaczyna się w Zakopanem, a kończy w Wietrzychowicach. My postawiliśmy na najbardziej – dla nas – malowniczy rejon to znaczy okolice Jeziora Czorsztyńskiego z dwoma zamkami w Niedzicy oraz Czorsztynie, a także Przełom Dunajca. Droga Pienińska wiedzie wzdłuż Dunajca przez jego malowniczy przełom. Po stronie słowackiej droga wysypana jest ze wszystkich możliwych kruszyw, wobec tego szosowcy muszą się trochę nagimnastykować. Sugerowany i równie malowniczy objazd po asfaltach prowadzi przez Wielki Lipinik i Leśnicę. Wpadamy wówczas na Velo Dunajec tuż przed granicą Polski ze Słowacją. Na niespełna kilometr przed granicą można się zatrzymać – co i my uczyniliśmy – w Chacie Pieniny na pyszny obiad kuchni naszych południowych sąsiadów. Całość naszej pętli z Krościenka wyniosła blisko 90 kilometrów, z czego na objazd jeziora Czorsztyńskiego liczyć trzeba około 40 do 50 kilometrów w zależności od opcji, którą wybierzemy.
Opcja dłuższa objazdu jeziora zakłada przebicie się przez przełęcz w Pienińskim Parku Narodowym – po zwykłej drodze. W sezonie dość zatłoczonej. Wariant krótszy natomiast i bardziej przygodowy uwzględnia przeprawę przez jezioro statkiem, co niewątpliwie gdy będziemy tu z dziećmi uczynimy. Póki co dostaliśmy wychodne na 24 godziny i jak to bywa w takich przypadkach postaraliśmy się o upchanie całego weekendu w jedną dobę. Jeśli się ograniczy spanie do trzech godzin jest to możliwe do wykonania!
Na Velo Dunajec wbijamy się pod zamkiem w Niedzicy. Choć początkowy wariant zakładał zrobienie trasy w drugą stronę zaczynając od Czorsztyna. Jednak na dzień dobry tak zachłysnęliśmy się widokami, że niczym ćmy pognaliśmy zjazdem z przełęczy w stronę budzących się z porannych mgieł Tatr. Właśnie – porannych mgieł! Ten kto nie chce się denerwować tłumami na ścieżce, albo zamierza traskę łyknąć raz dwa niech lepiej wyjedzie wcześniej. Koło 10:00 robi się już tłoczno i przyjemność z podziwiania widoków staje się koniecznością patrzenia na to co się dzieje wkoło, kogo wyprzedzasz, a kto Ciebie wyprzedza, a kto w ogóle z góry, zza zakrętu jedzie tyralierą wprost na Ciebie. Na trasie niewątpliwie czeka nas kilka górek, czasem z niezłymi przewyższeniami. Dlatego sporo osób jeździ tu na rowerach elektrycznych, których wypożyczalni jest jak grzybów po deszczu. My jednak stawiamy na trening i z miłości do szosy tą samą przełęcz między Czorsztynem a Niedzicą – dzięki błędom nawigacyjnym – pokonujemy dwa razy.
Niewątpliwie najbardziej oooh i ahhh i wow miejscem na całej trasie jest podjazd na Falsztyn. To stąd rozciąga się rozległa panorama na Beskidy oraz Pieniny. Widać jezioro z zaporą oraz zamek z Niedzicy. Bajkowy widok dla którego warto tu być! Swoją drogą widziane w dole Jezioro Czorsztyńskie powstało przez zbudowanie w Niedzicy zapory wodnej pomiędzy Pieninami Spiskimi a Pieninami właściwymi. Pamiętam jak z rodzicami podziwialiśmy ją kiedy powstała w 1997 roku! OMG! Velo Dunajec po tej stronie jeziora jest przygotowany perfekcyjnie! Co jakiś czas znajdują się wiaty przystankowe z tablicami informacyjnymi. Wrażenie robi nawierzchnia oraz liczne mosty. Ścieżka od początku do końca zrobiona tak, jak powinno to wyglądać! Bez żadnych półśrodków! W Dębnie odbijamy zobaczyć XV-wieczny kościół Michała Archanioła. Znajduje się on zaledwie 600 metrów od naszej pętli a naprawdę zasługuje na odwiedziny! Velo Czorsztyn pokonujemy już w tempie, z przerwą na śniadanie w jednej z okolicznych miejscówek. Objazd jeziora kończymy mocnym podjazdem zielonym szlakiem omijając już zamek w Czorsztynie. Uciekamy od niedzielnych tłumów na Spisz!
Jak wspomniałam wcześniej wariant dla rowerzystów szosowych prowadzi ze
Sromowców Niżnych przez Wielki Lipinik i Leśnicę. Szczęściarze, Ci
którzy jeżdżą na gravelach, bo moim zdaniem Drogę Pienińską zobaczyć
trzeba – czy to z poziomu wody, czy ze szlaku. Dunajec tworzy tu
najbardziej spektakularny w Polsce przełom rzeczny. Nasza wycieczka
potrwałaby zapewne dłużej, ale prognozowana zlewa przyszła nieco
wcześniej i skutecznie zmusiła nas do ścięcia wycieczki o wizytę w
części uzdrowiskowej Szczawnicy oraz pętlę na Spiszu, zahaczającą między
innymi o Szlak Wokół Tatr. No nic – to jest kolejny plan na szosową
wycieczkę krajoznawczą.
Podjazd na Falsztyn. Robiąc to w drugą stronę zjeżdżasz z widokami. My mieliśmy wielkie łał, gdy na podjeździe obróciliśmy się za siebie.
Poranny wyjazd niesie ze sobą wiele korzyści, między innymi pustki na ścieżkach.
Zapora na Jeziorze Czorsztyńskim z widokiem na zamek w Niedzicy.
Zamek w Niedzicy na pierwszym, i w Czorsztynie na drugim tle.
Taaak... to jest to miejsce. Najprawdopodobniej najbardziej obfotografowany etap.
Velo Czorsztyn
Velo Czorsztyn na samym początku jeziora.
Wiaty przystankowe z tablicami informacyjnymi.
Doskonały asfalt – idealny na szosę
XV-wieczny kościół Michała Archanioła w Dębnie – i ten cudowny zapach w środku...
Objazd przez góry, zamiast prom przez jezioro daje możliwość podziwiania takich widoków (Trzy Korony)
Randka z mężem.
Falsztyn od drugiej strony.
Mapa Velo Dunajec i Velo Czorsztyn z https://narowery.visitmalopolska.pl/velodunajec
Trzy Korony w całej swojej okazałości ze słowackiej strony
Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Gdyby nie chmury... to tam powinna być panorama na Tatry, że klękajcie narody!
Pieniny z Lesnickiego Sedla
Wielkie ściany Pienińskiego Parku Narodowego w Leśnicy
Słowacka brama do przełomu Dunajca.
Zlewa ukoiła rozgrzane mięśnie.
A na koniec jeszcze poranny widok na zamek w Czorsztynie i Tatry w dali z naszego noclegu w Million Star Hotel in the middle of nowhere.
Tu z odsieczą do Karłowa, małej wioski będącej centrum masowego ruchu turystycznego obsługującego Szczeliniec Wielki przybywają dziadkowie! I chwała im za to, bo jest niemożliwością pogodzić dwa tak sprzeczne bieguny jak 5 miesięczne bliźniaki i praca.
W Górach Stołowych jesteśmy ... niezliczony i niepoliczalny raz. Kochamy to miejsce i właściwie co roku wychodzi nam, że koło stycznia powinniśmy się tu przeprowadzać na miesiąc, by nie jeździć co weekend na trasie Ziemia Kłodzka - dom - i z powrotem i tak w kółko. Na imprezach organizowanych przez Herciego też jesteśmy nie pomnę który raz. Albo biegamy, albo pomagamy ale zawsze uczestniczymy chętnie!
A dlaczego?
Ze względu na wyjątkowy klimat! Na emocje sportowe towarzyszące biegaczom, którzy przyjeżdżają tu z rodzinami, znajomymi. Przez weekend tworzy się kolorowa, wesoła, uśmiechnięta społeczność i aż miło patrzeć na unoszącą się w powietrzu radość i endorfiny. Ekipa organizatorska - nic dodać nic ująć - do tańca i do różańca! Zgrana, pełna energii! Nic dziwnego też, że pod banderą Załogi Górskiej stanowią najprężniej działającą grupę wolontariuszy pojawiając się w ciągu roku na coraz to liczniejszych imprezach. Wiadomo, pewnych rzeczy nie da ująć się słowami - tak jak nie da opisać się atmosfery imprez biegowych organizowanych przez Maratony Górskie.
Najbliższe imprezy na które też się wybieramy, to:
W tym roku zdecydowanym hitem Zimowej Połówki był prócz śniegu (niby oczywiste, ale tej zimy jest go jak na lekarstwo) koncert gitarowy w bacówce przeciągający się do późnych godzin nocnych. Nieprawdopodobnym jest jakie pokłady energii drzemią w startujących, że mimo kilometrów w nogach, mimo trudnego finiszu w Schronisku na Szczelińcu (a prowadzi do niego ponad 600 schodów!!!) są w stanie skakać na koncercie i śpiewać w niebogłosy. Miłym urozmaiceniem okazały się również prezentacje himalaistów - Piotra Pustelnika, Kacpra Tekielego oraz Jurka Natkańskiego.
Baikal Ice Marathon, jak sama nazwa wskazuje jest maratonem rozgrywanym na zamarzniętej tafli jeziora Bajkał. Trasa łączy dwie miejscowości Tankhoy oraz Listwiankę, położone na przeciwległych brzegach. Sam organizator pisze o biegu w słowach, które mnie na przykład nie zmotywowały do startu: Baikal Ice Marathon jest jednakowo psychicznie i fizycznie wymagający. Niezmienny krajobraz nie daje żadnego punktu odniesienia. Tylko kolejne chorągiewki oraz bufety odmierzają dystans. W gruncie rzeczy to jest długa, zimna, samotna, 42,2 km walka samego z sobą przeciwko siłom natury.
Od lat jest on wyzwaniem dla biegaczy z całego świata, a jego ukończenie świadczy nie tylko o doskonałej kondycji, lecz również o odporności - fizycznej, na ciężkie warunki atmosferyczne i psychicznej pozwalającej walczyć z monotonią krajobrazu i nieprzybliżającą się linią horyzontu.
12 Edycja Baikal Ice Marathon została zdominowana przez Polaków, co w kolejnych relacjach telewizyjnych w Rosji, Rosjanie skrupulatnie ukrywali. Na 155 startujących reprezentacja Polski liczyła aż 14 osób! W tym z naszej wesołej paczki jadącej nad Bajkał koleją transsyberyjską było aż 6 biegaczy w tym trzech faworytów walce o pudło: Piotrek Hercog, Łukasz Zdanowski oraz Bartosz Mazerski.
Co jeden to większy wymiatacz – Bartek, zwycięzca maratonu na… Antarktydzie, z życiowym rekordem na trasie 42 km zaledwie o 13 minut gorszym od rekordu świata (!!!). Łukasz Zdanowski, który przebieżki robi na szczytach Tatr, a w Chamonix, ot tak wybrał się na trening wbiegając bez aklimatyzacji na Mont Blanc, bo jak twierdzi zrobił to w tak krótkim czasie, że nawet nie poczuł że miała by go dopadać choroba wysokościowa. W końcu Piotrek Hercog, którego dokonania nie mieszczą się na jednej stronie – czołowy polski biegacz ultra z m.in. 5 miejscem na koncie w prestiżowym biegu Ultra Trail du Mont Blanc. Niestety z powodu kontuzji na ostatnim treningu, z udziału w maratonie zmuszony jest zrezygnować Bartosz.
Warunki atmosferyczne, które towarzyszyły naszym biegaczom w dniu startu 6 marca, okazały się być skrajnie trudnymi, a przez organizatorów podsumowane zostały jako najcięższe w historii rozgrywanych zawodów. Niska temperatura oscylująca koło minus 23 i wiatr wiejący z prędkością 15 m/s. Masakra, dodając do tego fakt, iż przy silnym wietrze odczuwalna temperatura jest dużo niższa! W Listwiance na mecie, gdzie czekała cała reszta nie-biegających udeptaliśmy już ścieżkę na linii meta – restauracja z kawą – namiot. Wiatr dął potwornie, polika odmarzały i jedyną receptą na przeczekanie było osłonięcie się od porywistych podmuchów. Kiedy na mecie zjawiła się sędzina przekazała nam informację, że wyścig prowadzi dwóch Polaków. Od tej pory wyczekiwaliśmy z zaciśniętymi kciukami pierwszej majaczącej na horyzoncie sylwetki biegacza.
Po 3 godzinach i 55 minutach w zawiei, brnąć przez śnieg po kostki linię mety przekroczył Herci. Radości nie było końca! Cieszyliśmy się wszyscy! 12 minut po nim wbiegł Łukasz! Na mecie euforia – oczywiście tylko w naszej polskiej ekipie. Rosjanom najwyraźniej pokrzyżowaliśmy plany. To przełomowa chwila, bowiem pierwszy raz w historii biegu na jednym z dwóch pierwszym miejscu podium nie staje Rosjanin. Polacy zajmują pierwsze dwa miejsca na podium zostawiając konkurencję daleko w tyle. Kolejne miejsca z ekipy Polaków to Wojtek z Robertem z czasem 5g 16 min oraz Maciek 5g 39min.
Jesteśmy przeszczęśliwi, że wszystkim udało się dobiec do mety! Po tylu dniach spędzonych razem tworzymy team, gdzie sukces jednego przekładamy na sukces całej grupy. Duma nas rozpiera, że nasi bohaterowie mimo ciężkich i nieprzewidywalnych warunków pogodowych pokonali Baikal Ice Maraton - jeden z najbardziej prestiżowych maratonów na świecie, w którym udział świadczy o wybitnym harcie ciała i ducha, a zwycięstwem jest już samo przekroczenie mety.
lód był rzadkością na trasie biegu fot. Masaiko Nakamura
przed startem. Opóźnienie sięgnęło 1.5 godziny. fot. Masaiko Nakamura
linia startu fot. Masaiko Nakamura
Baikal Ice Marathon fot. Masaiko Nakamura
Pierwsze metry wyścigu fot. Masaiko Nakamura
fot. Masaiko Nakamura
Piotr Hercog i Łukasz Zdanowski. I długo, długo nikt. fot. Masaiko Nakamura
Silny wiatr nie był sprzymierzeńcem tego dnia. fot. Masaiko Nakamura
Wojtuś i Robercik. fot. Masaiko Nakamura
nicość i przestrzeń. I tak przez 42 km... fot. Masaiko Nakamura
Herci na ostatnich metrach i ekipa dopingująca fot. Masaiko Nakamura
meta i historyczne zwycięstwo! Dodaj napis
fejm! fot. Masaiko Nakamura
Trasa maratonu fot. Masaiko Nakamura
fot. Masaiko Nakamura
Wojtek z Robertem tanecznym krokiem wpadają na metę fot. Masaiko Nakamura