Pokazywanie postów oznaczonych etykietą simple life. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą simple life. Pokaż wszystkie posty

3 stycznia 2018

w krainie hashtagów

O trwogo!
Rok 2017 minął tak szybko!
Tyle się działo, a na blogu cisza. Cisza absolutna. Pierwsza taka luka od wielu lat prowadzenia bloga. Nadrabiał co nieco instagram.
Jak to możliwe?
Zdaje się, że kwintesencją poprzedniego roku i odpowiedzią na to pytanie jest chmura, którą sprezentował mi facebook.



Pochłonęła mnie praca, realizacja pasji oraz co najważniejsze... los postawił przed nami największe wyzwanie! Rozpoczęliśmy przygodę życia, wybraliśmy się w najdłuższą podróż - macierzyństwo. Na świecie pojawili się bracia Henio i Benio. Wcześniaki z 30 tygodnia, którzy od pierwszych chwil przewrócili nasz świat do góry nogami. Świat, światopogląd i priorytety.

Poznacie ich wcześniej czy później :)

Cisza na blogu oznaczała również (jak już wspomniałam) pracę, pracę, pracę. A że praca ta ściśle związana była z pisaniem, zabrakło w końcu czasu i weny by skrobnąć tu słów kilka.

Przez ten czas współpracowałam m.in.  z 8a Academy, Portalem Górskim oraz NPM Magazyn Turystyki Górskiej. Poznałam wielu wspaniałych, pełnych pasji ludzi. W autorskiej rubryce "Widziane z gór"w NPMie miałam okazję rozmawiać z Wielkimi świata gór: m.in. Lynn Hill, Carlosem Carsolio, Marcinem Yetim Tomaszewskim, Tamarą Lunger, Alim Sadparą... Przekonałam się po raz kolejny, że ludzie którzy dokonali czegoś w życiu są stonowani, spokojni i podchodzą do swoich osiągnięć z ogromnym dystansem i pokorą. Bije od nich mądrość i spokój, mimo iż ja przed każdą z tych rozmów byłam rozdygotana z nerwów.

W Portalu Górskim dzieliłam się poprzez artykuły swoją pasją i wiedzą, prowadziłam m.in. updejty dotyczące wyprawy na Nanga Parbat, gdzie zimą, 26 lutego 2016 roku na szczycie stanęli Alex Txikon, Simone Moro i Muhammad Ali. Poznałam ludzi pełnych pasji pracujących w redakcji motywujących mnie do działania, miałam okazję zrecenzować kilka arcyciekawych książek nim na dobre ukazały się w sprzedaży.

8a Academy to natomiast prócz pisania wiele wyzwań, m.in. aktorskich :) W ogólnopolskiej akcji "Nie Śmieć Gościu" prócz filmiku kręconego na skałach Jury Krakowsko-Częstochowskiej już z brzuchem dostałam do napisania tekst o... zaśmiecaniu szlaków - chusteczkami higienicznymi, odchodami i... zużytymi podpaskami i tamponami. Myślałam kilka dni jak ugryźć temat, ale słowa, zdania i cała opowieść w końcu same do mnie przyszły. Zupełnie niespodziewanie :) 

Zeszły rok to również wspaniała przygoda w teamie supportującym Piotra Hercoga. Herciego nie trzeba chyba przedstawiać - jest czołowym biegaczem ultra, wspaniałym sportowcem i cudownym człowiekiem! Współpraca w teamie otworzyła wiele drzwi, sprawiła, że poznałam wiele ciekawych osób. I mimo, że ominęły mnie tegoroczne wyjazdy m.in. Patagonia, Nepal czy Maroko za sprawą zdjęć czy opowieści czuję się jakbym tam była. W sumie był tam Kanion, więc jakby połowa mnie ;)

Zatem... 2017 minął, 2018 niepostrzeżenie zawitał. Niech będzie dobry, niech przyniesie wszystkim szczęście, spokój, spełnienie i zdrowie, bo ono jest najważniejsze.

Do zczytania!

7 września 2016

Jayma Bazaar w Osz - szwarc, mydło i powidło

Absolutnym must have opisywanym w przewodnikach są bazary Kirgistanu. Bazar Jayma w Osz, wśród z nich najbardziej znany, może poszczycić się mianem największego w Centralnej Azji. I zdecydowanie coś w tym musi być! Na bazarze można nabyć absolutnie wszystko! Począwszy od produktów spożywczych - słynnych lepioszek dodawanych do każdego dania, przez świeże i pyszne warzywa, owoce, orzechy (mnóstwo rodzajów) przez chemię, artykuły szkolne, podręczniki, pamiątki, dziecięce kołyski, ubrania, tkaniny, mięso po sztućce, wiadra i anteny telewizyjne! Jednym zdaniem: szwarc, mydło i powidło!

Na dzień dobry uderza chaos - jest głośno, samochody trąbią na siebie, marszrutki zatrzymują się jak chcą, ktoś pcha wózek, w charakterystycznych rynsztokach wypełnionych wartko płynącą wodą pędzą puste plastikowe butelki. Słońce przygrzewa niemiłosiernie, jest ponad trzydzieści stopni. Na bazarze każdy jak może stara sobie zrobić kawałek cienia. Wiszą zatem plandeki, materiały, rozłożyste parasole i kawałki blachy - jakiś cud pozwala tylko na to, żeby nie runęło nic na głowę przechodniom.

Bazar zachwyca kolorami i zapachami. Rozbudza zmysły. Pachną wonne przyprawy i ich mieszanki., kwiaty, warzywa... pachną kadzidła które raz po raz odpalane są na stoiskach. Na swój specyficzny sposób pachnie mięso w tym upale - nieapetyczne jego części zwisają na hakach albo rzucone są niejednokrotnie wprost na blaszaną ladę (umytą czy nie) wystawioną bezpośrednio na słońce. Oblepione muchami, tak jak oblepiony jest cukier i kryształy cukru osami, albo wory z nasionami dziobiącymi się na nich ptakami. Jest folklor... Mierząc się ze stoiskami z ubraniami zaobserwujemy jak inna jest kultura, odmienny ubiór w głównej mierze dyktowany wpływami islamu.


Lepioszki - podawane tradycyjnie do każdego dania
Ryże, kasze, fasole, grochy i co jeszcze
Warzywa i owoce - autentyczne, niedoskonałe, najsmaczniejsze
Zapach wonnych przypraw unosi się nad całym bazarem

Mnogość orzechów i nasion - nic dziwnego, w końcu Kirgistan orzechem stoi
Stoisk jest mnóstwo i ciężko się zdecydować u kogo kupić
Część mięsna również jest - zapowiada ją przykry zapach i sfory much

Sery w formie dla nas nieznanej
Jajka na pewno od szczęśliwych kur

Brudna marchewka to zdrowa marchewka :)

Choć jest ponad 30 stopni, kto tu słyszał o chłodni...

Bazary obfitują też w inne towary: materiały, ubrania, obuwie, sprzęty gospodarstwa domowego i wiele innych

Bazar


22 kwietnia 2016

Dzielnica spichlerzy w Hamburgu - Speicherstadt

Będąc w Hamburgu zdecydowanie warto wybrać się na spacer Dzielnicą Spichlerzy – (Speicherstadt) – będącą od 2015 roku na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dzielnica spichlerzy uważana jest za największy na świecie, tak jednolity kompleks magazynów. 

Budynki wzniesiono na przełomie XIX i XX wieku pod wpływem decyzji o utworzeniu w Hamburgu portu wolnocłowego. Plan zakładał wybudowanie największego i najbardziej nowoczesnego centrum logistycznego swych czasów. Dzielnicę spichlerzy tworzy 15 wielopiętrowych magazynów i szereg pojedynczych budynków. Z paroma wyjątkami niemal wszystkie powstały z cegły w stylu charakterystycznym dla neogotyku lub neoromantyzmu. Jako centrum logistyczne dzielnica spichlerzy została wkomponowana w system kanałów, mostów, połączeń kolejowych i drogowych. 

Magazyny zbudowane są z czerwonej cegły w stylu neogotyckim. Front budynków znajduje się od ulicy, natomiast tylna część stanowi ścianę kanału. W latach użytkowania przechowywano w nich zboże, kawę, przyprawy, tytoń oraz herbatę. Budynki wyposażone były w dźwigi umożliwiające wyładunek towarów wprost z barek. Aż strach pomyśleć ile w czasach prosperity mieszkało tu myszy!



















19 kwietnia 2016

Must see w Hamburgu: fischmarkt

Czyli targ rybny, który odbywa się co niedzielę w dzielnicy St Pauli od wczesnoporannych godzin do punkt 10.00. W tygodniu po ulicy, gdzie rozkładają się handlarze jeżdżą autobusy komunikacji miejskiej. W niedzielę natomiast brukowa droga zapełnia się przyczepami, straganami, przekrzykującymi się handlarzami oraz odwiedzającymi: turystami, mieszkańcami Hamburga, tymi co przyszli tu na zakupy oraz tymi, którzy tu właśnie na porannej bułce z wędzoną rybą kończą sobotnią imprezę w dzielnicy St Pauli słynącej z licznych klubów oraz bujnego życia nocnego.

Fischmarkt nie jest zwykłym targiem. To widowisko, które można podziwiać godzinami. Handlarze przekrzykują się jeden przed drugim - z tego krzyku koło 10.00 tracą kompletnie głos. Łapią kontakt z przechodzącymi ludźmi, zaczepiają, komentują, a zdarza się również, że rzucają w nich owocami lub rybami! Sama w ostatnim momencie uniknęłam banana lecącego wprost na mnie. Handlarze mają dar  rozbawiania tłumu dorównujący kabareciarzom. Tego trzeba doświadczyć!

Podobnie jak imprezy o 7.00 rano w budynku Fischmarktu. Po pierwsze warto zobaczyć samą budowlę ze względu na jej unikatowy charakter. Po drugie w tym miejscu miesza się niedzielne poranne życie Hamburga z jeszcze sobotnią imprezą. W powietrzu unosi się zapach smażonych ziemniaków czy ryby, strumieniami leje się piwo, do rytmu przygrywa kapela. Pod sceną tańczą niedobitki z St Pauli, którym zamknięto już kluby - radośni, uśmiechnięci, życzliwi (nic z tych pijackich nastrojów polskiej imprezy dogorywającej o w mocno-alkoholowych wyziewach o 6.00 nad ranem), do rytmu butem przytupują turyści, czy klienci targu, którzy zajrzeli tu na poranne piwko lub kawę.

Z całą pewnością jest to miejsce, które warto odwiedzić. Warto również wybrać się tu na zakupy - oferowane kosze warzyw czy owoców, świeże ryby czy owoce morza są tu w mocno konkurencyjnych cenach w porównaniu ze sklepami.

10 euro za kosz wypchany owocami - z czego więcej niż połowę wart jest sam ręcznie robiony kosz.

Budynek fischmarktu - to tu kierujemy pierwsze kroki


robi ogromne wrażenie

Piwo leje się od rana. To tu odpoczywają po ciężkich zakupach Hamburczycy, lub jeszcze cięższych imprezach. 

Wonne zioła

Kwiaty wprost z Holandii, za bezcen.

Kurę też można kupić

Owoce się zje, a kosze zostaną

Na tym stoisku do niedawna rzucano w klientów rybami. Zaprzestano  tego ceremoniału po licznych skargach, jakoby ryby zostawiały tłuste ślady na ubraniach.


Kaktusy też można nabyć

Świeże ryby z nocnego połowu

oraz świeże warzywa - mix na cały tydzień



13 stycznia 2016

Pasterka - tam gdzie ptaki zawracają

Często o miejscach odległych, małych miasteczkach, by nie powiedzieć kolokwialnie „zadupiach” mówi się, że tu już ptaki zawracają, że na noc zwijają asfalt, że internet tu nie dociera, a o zasięgu telefonii komórkowej nie ma co gadać. I dokładnie tak jest z Pasterką. 

Tu kończy się droga, kończy się asfalt, kończy się Polska. Na końcu drogi szutr, las, kilka ścieżek i granica z Czechami. W Pasterce parę domów na krzyż, stary przerażający kościół z 1787 roku z ponad 200 letnimi mogiłami wokół. Aż nieprawdopodobnym wydaje się, że kiedyś to miejsce tętniło życiem, było tu wiele gospodarstw. Dziś populacja Pasterki to bagatela 20 osób! Jest schronisko Pasterka ze słynnym pomniczkiem Serca pozostawionego w Pasterce, dom wypoczynkowy/akademik Szczelinka oraz chata Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego. W sezonie liczba przyjezdnych po wielokroć przewyższa liczbę rdzennych mieszkańców.

Przyjechaliśmy tu na sylwestra z blisko 50 osobową grupą znajomych. Drugie tyle jest na miejscu – gospodarze Pasterki, landlord połowy Kotliny Kłodzkiej Don Sokolone oraz mnóstwo znajomych, mimo że widywanych okazjonalnie to bardzo bliskich. 

Jesteśmy w idealnym miejscu – z dala od zgiełku miasta, innych ludzi, każdy może znaleźć kąt dla siebie. Życie płynie tu innym tempem. Bez patrzenia na czas, kalendarz, naturalnie. W sylwestra dajemy koncert gitarowy zdążając na ostatnią chwilę na odliczanie do nowego roku. Specyfiki tego miejsca i klimatu, który nadali mu ludzie w tych dniach po prostu nie sposób opisać. To warto przeżyć i zapamiętać. Niepowtarzalność chwili i ulotność wrażeń.

Pasterka jest idealnym miejscem wypadowym do perełek Gór Stołowych - Błędnych Skał oraz Szczelińca

Między skałami i pagórami, gdzieś tam w dole pośród drzew - Pasterka

no i czy nie straszny on?


18 września 2015

Ścieżki rowerowe Jury Krakowsko-Częstochowskiej - asfaltowa Pętla Przewodziszowice - Ostrężnik - Mirów

Szlak Mirów-Żarki

Jedno z 13 miejsc odpoczynkowych na pętli

I jeden z tubylców siedzący na rozdrożu

Szlaki zostały oznaczone zgodnie ze standardami znakowania PTTKa.

Pystynia Siedlecka - a nam mówiono, że jedyną jest Pustynia Błędowska...

Aleja Klonowa w Złotym Potoku

Z okazji powstania nowych ścieżek rowerowych pojawiły się również zaktualizowane mapy (dzięki Monika za podrzucenie jednej!)

Za Ostrężnikiem

Zespół XIX wiecznych stodół, gdzie jeszcze kilka godzin wcześniej w najlepsze hulał lokalny targ.





Ostatni weekend przyniósł nam ciekawe odkrycia i to na dodatek miejsc, które myśleliśmy, że znamy – nic bardziej błędnego! Okazało się bowiem, że podczas eksploracji rowerowej Jury Krakowsko-Częstochowskiej wpadliśmy przypadkiem na eleganckie szlaki pieszo-rowerowo-rolkowe, nad którymi warto pochylić się na dłużej.

Bajeczne zamki w Mirowie, Bobolicach, Ostrężniku, wypieszczone Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej Patronki Rodzin wraz ze źródełkiem, po którego wodę przyjeżdżają tłumy ludzi, Pustelnia św. Ducha w Czatachowie, Zabytkowy Zespół Stodół z XIX wieku wraz z Żareckimi Jarmarkami, strażnica w Przewodziszowicach, urokliwe stawy przy dworku Krasińskiego w Złotym Potoku, najstarsza pstrągarnia w Europie znajdującą się w Złotym Potoku (gdzie absolutnie trzeba zatrzymać się na obiad), przepiękne wapienne ostańce, urokliwa Dolina Wiercicy z kolejnymi żródełkami krystalicznie czystej wody bijącej spod wapiennych skał, Pustynia Siedlecka to mnóstwo, acz nie wszystkie atrakcje, które obsługuje szlak.

Pętla liczy w sumie 22 kilometry i jest idealna dla wycieczki rowerowe, treningi rolkowe oraz narty biegowe, dla rodziców z dzieciakami w przyczepkach rowerowych, czy jako rodzinna trasa rowerowa na którą chcemy wybrać się z maluchami. Bezkolizyjna, z dala od ruchu samochodowego. Dla gości zmotoryzowanych przygotowano parkingi w m.in. Złotym Potoku, Ostrężniku, Czatachowie, Przewodziszowicach, Żarkach, Mirowie – w miejscach ważnych z punktu koncentracji turystów. Znajdują się tu również eleganckie wiaty, stojaki na rowery, tablice informacyjne oraz place zabaw dla dzieci – słowem idealny pomysł na spędzenie rodzinnego, aktywnego i bezpiecznego weekendu. Na trasie spotkaliśmy kilka właśnie takich rodzinnych wycieczek rowerowych, seniorów spacerujących z kijkami i harty na kolarzówkach. I choć sami tego dnia mocno zmodyfikowaliśmy tą trasę robiąc ponad 60 km to momenty asfaltowe były mega przyjemne i pozwoliły nam nieco odpocząć.

Więcej informacji o szlaku na specjalnie dedykowanej stronie

Track naszej wycieczki o tu.

14 sierpnia 2015

Korsyka z pokładu HiOcen One



Jedenaście lat… tyle czasu minęło od ostatnich wakacji, które nie miały nic wspólnego z górami, siniakami, wyrzeczeniami, wyrypą, akcją, adrenaliną, zimnem, załamką, szczękaniem zębami, oczami wielkimi od strachu i przyspieszonym biciem serca.

W zamian był upał, nurkowanie, żeglowanie, zwiedzanie i leżenie brzuchem do góry z założonymi za głową rękami.

Jacht, który nierozerwalnie kojarzy nam się z zimnymi wodami północy Europy dziwnie wygląda na turkusowych wodach morza Tyrreńskiego, gdy nie piętrzą się nad nim żadne kilkusetmetrowe klify, a lodowce nie spadają do fiordów. Wręcz powiedziałabym, że obwieszony suszącymi się kostiumami kąpielowymi oraz ręcznikami powiewającymi na wietrze wygląda jak piracki statek tuż po bitwie.
Dostojny HiOceanOne tnie pierwszy, a zaraz za nim jego młodsza i mniejsza siostrunia – Sybilla – śliczny biały jachcik - Bavaria, który przez większą część rejsu jest naszym lokum.

Niestety ze względu na organizację II etapu Tour de Pologne docieram do żeglarskiej braci dopiero w trzecim dniu rejsu, kiedy to mają za sobą nocne sztormowe przeprawy przez morze, z czterometrowymi falami w rolach głównych oraz kanioning w głębi wyspy. Nie narzekam jednak na brak atrakcji bo wieczorny samolot i nocna przeprawa na trasie Piza-Livorno Port, skąd wypływał mój prom wysoki na 8 pięter, przysporzyła mniej więcej tyle adrenaliny co kanioning!

Korsyka…. Nasz cel, nasze eldorado… Nie bez kozery nazywana jest też Wyspą Piękna. Tyle zachwycająca swym krajobrazem jak i nieprzystępna. Otaczają ją piaszczyste i żwirowe plaże, wapienne klify oraz przylądki zapierające dech w piersiach, a pokrywa wonna i zielona przez większość roku makkia śródziemnomorska oraz zioła. Podobnież nawet Napoleon (urodzony na Korsyce) pisał na Elbie (którą też zwiedzamy), że od czasu do czasu wyczuwa na niej zapach tych korsykańskich wonnych i wiecznie zielonych zarośli. Fakt, faktem pachnie, cała wyspa pachnie.

Podczas rejsu eksplorujemy wschodnie wybrzeże. Z Wojtkiem na skuterze przejeżdżamy 120 km z Bastii do Solenzary, gdzie dalej jachtem już ze wszystkimi ruszamy przez urokliwie, bezludne wysepki Iles Lavezzi do Bonifacio - miasta częściowo zbudowanego na klifie wapiennym, zwróconego w stronę pobliskiej Sardynii. Po wąskich uliczkach starego miasta, pod łukami podporowymi trzymającymi w pionie stare mury snujemy się przez całe popołudnie i wieczór, przekąszając w urokliwych restauracyjkach lokalne przysmaki. W pobliżu Bonifacio w wapiennym klifach woda wyrzeźbiła przepiękne groty, do których wpływamy na pontonie. Mnóstwo tu też bezludnych, dzikich plaż w małych zatoczkach otoczonych klifami. Cudownie, bajkowo!

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w urokliwym miasteczku Porto Azurro na Elbie. Pierwotne miasteczko rybackie, dziś jedna z większych atrakcji Elby ze względu na piękną, typową dla Toskanii zabudowę, gmatwaninę uliczek pośród kolorowych, pastelowych domeczków. Zgodnie stwierdzamy, że Elba sama w sobie mogłaby być destynacją naszego rejsu! Wieczorem przybijamy do Marina di Scarlino. Upały już tak daję się we znaki, że z Wojtkiem śpimy na sundecku, pod niebem pełnym gwiazd.

Choć wakacje trwały tylko, lub aż 6 dni, jak na ilość atrakcji i miejsc, które sobie zafundowaliśmy muszę przyznać, iż jest to zdecydowanie za krótki czas, by w pełni nacieszyć się odwiedzanymi miejscami, powęszyć na miejscu, wyspacerować się, wygadać i wypić dostateczną ilość wina.

Porto Azzurro - Elba

Wojtas na piaskowcach Iles Lavezzi.

Wycieczka na najwyższy szczyt Lavezzi

Iles Lavezzi

Bezludne i odludne wyspy

Bonifacio

Skwar nie daje żyć...

Dopiero gdy zapadnie zmrok można zjeść coś konkretniejszego w jednej z setek urokliwych knajpek - Bonifacio

Bonifacio

Ulicę tętnią życiem na długo po zapadnięciu zmroku

snorkelling

urokliwe odludne miejsca

skwar nie daje żyć cz.II

skwar nie daje żyć cz. III

ukojeniem jest skok do chłodnej, orzeźwiającej wody


po kotwicy na jacht

Macia zapodaje muzę
W jaskiniach na ciasnym pontonie

Zwiedzanie Bonifacio przy piekelnym upale

Każdy radzi sobie jak może

Dajemy nura z Iwem


Sybilla i HiOcean One


Pics by jedyny, niezastąpiony - Macia Sokolov :)