Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MTB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MTB. Pokaż wszystkie posty

5 sierpnia 2020

Idealna pętla rowerowa Żarki – Złoty Potok – Mirów

Od kiedy w okolicach Żarek powstały te asfaltowe ścieżki łączące Mirów – Żarki – Złoty Potok i Trzebniów zakochałam się na zabój w tej pętli. Kto choć raz próbował pokonać rowerem piaszczyste szlaki Jury Północnej ten wie, że albo trzeba mieć szerokie, solidne opony albo trzeba liczyć się z pchaniem roweru. Oczywiście nie wszędzie tak jest, ale miejsca szczególnie uczęszczane, w których bywają również auta czy quady wyglądają opłakanie.

Pętla znajdująca się nieopodal nas liczy sobie na odcinku Mirów – Żarki około 8 kilometrów i Przewodziszowice – Złoty Potok – Przewodziszowice około 18 km. Łącznie 34 kilometry nie są sumą powalającą ale wycieczkę można wydłużyć o zamek w Bobolicach lub historyczną pstrągarnię Raczyńskich w Złotym Potoku. To najstarsza w Europie pstrągarnia, która powstała w 1881 roku. Usytuowana w dolinie rzeki Wiercicy, a zasilana między innymi pobliskimi źródełkami Zygmunta i Elżbiety daje doskonałe warunki tutejszym lokatorom. Pstrągi, karpie i sandacze, które tu można zjeść są wyborne! Po drodze napotkamy również dwa źródełka – jedno w Złotym Potoku nieopodal pstrągarni. Drugie natomiast na terenie Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej w Żarkach.

W ten sposób pisze się idealny pomysł na wycieczkę, zwłaszcza z najmłodszymi! Taki dystans jest idealny na przyczepkowe eskapady albo dla małych rowerzystów. Mnie pętla ta wchodzi jeszcze z jednego powodu – rankiem nie ma tu absolutnie nikogo, więc szybka rundka na szosie działa lepiej niż kawa!

Dla tych, którzy chcą zrobić traskę zostawiając gdzieś auto – najlepiej zrobić to na bezpłatnym parkingu pod zamkiem w Mirowie, koło lokalnej restauracji. Można też zostawić je w Przewodziszowicach w miejscu, gdzie stykają się ze sobą dwie ścieżki. Znajduje się tam plac zabaw oraz mały, bezpłatny parking.

Więcej info tu.

Świetny asfalt na ścieżkach rowerowych idealnie nadaje się na szoskę


Na przyczepkę też jest świetny ale na podjazdach można się nieźle zmachać!


Nie-ruiny zamku w Bobolicach

Idealne na rodzinne wycieczki ścieżki

Oli na trasie Żarki – Mirów

Strażnica w Przewodziszowicach z XIV wieku

Odcinek Czatachowa – Przewodziszowice

Jurajskie klimaty

Ruiny strażnicy w Przewodziszowicach


22 lipca 2020

Singletrack Glacensis – ponad 200 kilometrów rowerowego raju!

Na Ziemi Kłodzkiej systematycznie od kilku lat powstaje sieć singletracków, których nie powstydziłyby się nawet zachodnie kraje. Jednokierunkowe, terenowe ścieżki rowerowe – bo jak tu inaczej wytłumaczyć po polsku słowo singletrack? – skupiają się wokół atrakcyjnych turystycznie miasteczek Ziemi Kłodzkiej. I tak na liście znajdziemy między innymi Bardo, Lądek Zdrój, Złoty Stok, Stronie Śląskie, Międzygórze czy Srebrną Górę. Łącznie to ponad 200 kilometrów czystej, rowerowej zabawy! Singletracki na chwilę obecną składają się z 23 pętli, które umożliwiają bardzo dogodny podjazd pod górę, a następnie dzidę na dół! 

To, co mnie osobiście się najbardziej podoba w tych traskach, to ich stopień trudności. A mianowicie – familijny, bardzo łatwy, łatwy, średnio trudny. A jak się to ma w rzeczywistości? A tak, że i takie "enduroLeszcze" jak my mogą mieć dziką satysfakcję i poczuć flow! Singletracki Glacensis umożliwiają przyjemne, krajoznawcze wycieczkowanie po górach. Trasy są odpowiednio wyprofilowane i przygotowane zarówno do podjazdów jak i dynamicznych zjazdów. Po kilometrach na szosie to świetna odskocznia!

Przy okazji pobytu na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich mieliśmy możliwość przejechania następujących pętli:
  • Orłowiec
  • Dwie Przełęcze
  • Złoty Stok
  • Złota
  • Chwalisław
Przed zaplanowaniem wycieczki warto spojrzeć na stronkę, bowiem część ścieżek jest przebudowywanych i z racji remontu są one czasowo zamknięte. Związane jest to zazwyczaj z destrukcyjnym działaniem wody, lub... bywa i tak – nieprawidłowym użytkowaniem. Czyli rozjechaniem ich przez quady lub samochody. Niestety...
 
Przebieg tras znajdziecie tu . Natomiast na miejscu, w każdej informacji turystycznej dostaniecie bezpłatną mapę poglądową – co, gdzie i jak.


 









A na koniec mega klimatyczne miejsce z piękną historią w tle w Złotym Stoku, które znajduje się na pętli. Złoty Jar – w którym możecie zatrzymać się na przepyszne jedzenie!

24 lipca 2016

Rychlebskie ścieżki - eldorado mtb

Hica jakich mało, termometr w cieniu pokazuje ponad 30 stopni, a słońce aż pali. W takich oto okolicznościach przygody zafundowaliśmy sobie wycieczkę w Czeskie Rychleby. Miejsce to ciągnęło mnie już od lat. Jest to bowiem mekka wszystkich kochających mtb - trasy zjazdowe z różną gradacją trudności, wyprofilowane zakręty, mostki, kładki, hopy - istny plac zabaw dla amatorów i pro riderów! A do tego klimat małej, rajderskiej, klimatycznej wioski, gdzie po całodniowej aktywności wszyscy spotykają się przy czeskim piwie na tutejszym campie.

Jako jedyna z grupy jestem tu pierwszy raz. Cała reszta zaprawiona już w bojach rzuca nazwami poszczególnych zjazdów dywagując czy Velryba, czy raczej Tajemny będzie lepszym celem. Słucham ich i rozumiem tyle samo, jakbym ich nie słuchała. Z racji zrównania poziomu w piątek wybieramy się wszyscy na najłatwiejszą traskę superflow. Najłatwiejszą.... najłatwiejsza jest jazda na wprost po asfalcie, a tutaj nie dość że podjazd już mnie umęczył, to poprowadzony był przez potok i kładki. Po około godzince podjazdu dotarliśmy do "bramki startowej" na superflow. Wyznaczony sigletrack charakteryzuje się tym, że jedziemy za sobą gęsiego w sporych odległościach by móc kontrolować drogę i w razie czego zahamować. W przypadku gdy doganiali nas jacyś wymiatacze pokornie schodziliśmy im z drogi, w obawie o przegarbowanie skóry na plecach ich oponami. Radocha jest nieziemska! Mimo tego, że mam hardtaila czuję, jak ten rower płynie, a zakręty, które wydają się z dala ciężkie i techniczne, dzięki odpowiedniemu wyprofilowaniu trasy połykam na raz.

Superflow składa się z kilku odcinków, totalnie od siebie różnych - są piękne lasy bukowe z szerokimi zakosami i łukami, młodnik z bardziej technicznymi i ciasnymi zjazdami, trawers nad korytem rzeczki, kładki i mostki, hopki z kamieni i czujne przejazdy między głazami. Wiem, że to co teraz piszę dla zaawansowanych jest raczej trasą rozgrzewkową i większych trudności tu nie uświadczą, aczkolwiek dla mnie jest to poziom zupełnie zadowalający! Zadowalający na tyle, że następnego dnia gdy faceci idą na trudniejszą traskę ja z Olcią ruszamy jeszcze raz na babski przejazd superflow.

W Czarnej Wodzie, wiosce będącej miejscem wypadowym na Rychlebskie Ścieżki spotykamy znów ekipę z Dąbrowy, w tym przypadku w składzie Czaki i Basta ze swoimi żonami i znajomym. Znów czas upływa w miłej atmosferze, a piwo smakuje jakby lepiej :)


oznakowanie drogi dojazdowej - nie sposób się pogubić!

Łolcia na zjeździe

Wojtas na winklu


mapa stąd

19 lipca 2016

Enduro MTB Series i dziwne przypadki pojawiania się w domu rowerów

Właściwie jak to się zaczęło... nie pamiętam. Czy ja coś słyszałam wcześniej o szalonym pomyśle Wojtka w starcie w wyścigu Enduro MTB i to jeszcze OS wcześniej? No nie... aż tu pewnego dnia w domu pojawia się kolejny, siódmy członek rodziny - on - full. Ale po kolei...

Rok temu kupiliśmy sobie rowery, jako że oboje z utęsknieniem czekaliśmy na tę chwilę, wsiadając na nie - przepadliśmy bez kretesu. Rower po pracy, na weekend, w góry, na niziny - wszędzie. Nie była dla mnie wielkim zaskoczeniem również szosa, która pewnego dnia zagościła u nas w domu. Przytargał ją dumny z siebie, uśmiechnięty od ucha do ucha Wojtek z okazji swoich urodzin. Oooook... ale kiedy w domu pojawił się kolejny rower, a przestrzeń do życia kurczyła się kosztem parkingu rowerowego, a zapach opon rowerowych przypominał zakład wulkanizatorski z przerażeniem odkryłam, że ta pasja wymyka się spod  kontroli! Na szczęście full okazał się tylko gościem na czas zawodów Enduro MTB Series. I choć Wojtek opowiadał mi kilkukrotnie jak się to zaczęło dalej tego nie ogarniam - historia jest mglista i wynika z niej, że te karkołomne zawody w stylu "z górki na pazurki' po głazach wielkości telewizorów stały się absolutną koniecznością! Podobnie jak uczestnictwo w nich nierozerwalnego teamu, jednego organizmu - Grzesiok-Kupicha-Gołąb. 

Zostałam tak omotana koniecznością ich startu, że pytanie: ale dlaczego ja nie startuję? - zrodziło się w mojej głowie dopiero w przededniu zawodów. O samych trasach nie mam się co wypowiadać - dla mnie absolutny hardcore, z lataniem przez kierę gwarantowanym. Trasa wyznaczona "na skuśkę" przez las, po terenie na którym zwykły śmiertelnik i bez roweru połamałby sobie nogi. Wiem, że mówię jak laik, ale uwierzcie - każdy zjazd dla mnie w górach to wielki stres, po prostu nie nadaję się do takich hardcorów. Jak okazuje się na starcie zjawiają się również Pestuś, Basta i Poli. Gdy zatem oni wyruszają stoczyć bój, my dziewczyny konstytuujemy się w komitet spacerowy i  dopingujący w jednym. Z Moniką i  Eweliną oraz maleństwem w wózku ruszamy tropem wspomnień do wodospadu Podgórnej. Wspomnień, bowiem 15 lat temu przyjechaliśmy do Przesieki jako banda rozkrzyczanych dzieciaków na pierwsze swoje wolne od rodziców wakacje, gdzie dokleiliśmy się do kwaterki obozu harcerskiego i przeżywaliśmy historie życia, do dziś wspominane przez nas ze śmiechem i kiwaniem głowy.

Gdy wieczorem już wszystkim udało się wrócić cało i zdrowo, choć obolało z zawodów zaczęła się impreza podsumowująca zawody z efektownymi przejazdami przez ruszającą się kładkę biegnącą przez całą szerokość oczka wodnego. Na tę okoliczność przyjechał do nas Hercunio z dzieciakami, więc zrobiło się naprawdę miło i rodzinnie. I tak siedzieliśmy jeszcze do późna w nocy, bujając na ogrodowej huśtawce i zajadając pizzą.

Podsumowując zabawa przednia, zawody jak dla mnie mega extremalne, sprzęt za miliony i uśmiechnięte twarze zawodników – bezcenne. A my poznaliśmy nowych mega ciekawych i inspirujących ludzi, którzy otrzymali od nas łatkę Kelly Family, a z którymi współpraca jak się później okaże ma się dopiero zacząć.

Bunnyhopów chłopcy uczą się w przeddzień zawodów - lepiej późno niż wcale ;)
Jako, że trasa miała charakter OS zawodnicy z jej przebiegiem zapoznali się dopiero na starcie.
Mały upgrade numeru startowego
  
Przed startem humory dopisują, podobnie z resztą jak i po :)

Los Celebritos w wydaniu Piotrek Kupicha, Jasiu Gołąb i Wojtek Grzesiok - no i ja:)
Brama startowa
...i to co lubimy najbardziej...
woda, błoto, pot, krew i łzy :)
błoto, błoto i jeszcze więcej błota
ładne kolory i fajna perspektywa
Wojtas w akcji
oraz Jasiu w akcji
upaprani i szczęśliwi - jak dzieci :)
Najbardziej extremalny przejazd zawodów...
 
... na małym dziecięcym rowerku.

Wszystkie zdjęcia z profilu Enduro MTB na fb :)

31 października 2015

Pętla Skrzyczne - Salmopol – Karkoszczonka


Uprzedzona wczorajszymi przebojami z pociągami sprawdzam jeszcze raz i na spokojnie połączenia, które mają wywieźć nas do Łodygowic skąd zaczniemy naszą dzisiejszą przygodę. Dla odmiany – lejdis, blondynki i rowery górskie part II.

W pociągu zawieramy znajomość z fanatykiem rowerów, który z opowieści zdaje się zęby zjadł na jazdach, rozjazdach i przejazdach. Zdaje się, wie lepiej gdzie jedziemy niż my same. Dziś dzień bardziej rekreacyjny. Justyna jest pierwszy raz w górach na rowerze. Ma też rower bardziej turystyczny niźli górski, stąd odczuwam od rana stres – a co jak jej cienka oponka złapie kapcia? Czy podołamy? Czy poradzimy sobie? Wstępny plan jest – zobaczymy na ile czas będzie naszym sojusznikiem i czy coś ponad niego uda nam się zrobić.

Na Skrzyczne docieramy tym razem wyciągiem. Choć szybko i lajtowo, to emocji nie brakuje. Na pierwszym wyciągu rower trzymamy na kolanach na kanapie, drugi już jest przystosowany do przewozu rowerów – jednak hak na którym trzeba go podwiesić, jego wysokość oraz bądź co bądź stały ruch powodują, że wcale nie jest lekko.

Na górze pierwszy pit stop. Pogoda jest wymarzona! Widoczność, niebieskie niebo – jak okiem sięgnąć góry, w dali Tatry. No właśnie! Widok! A przecież do niedawna jeszcze był tu las! Mniej lub więcej drzew ale był- a teraz – szlak ze Skrzycznego po Malinowską Skałę wygląda jak jedno wielkie cmentarzysko…patelnia. Nawet Malinowska Skała wymieciona jest z drzew i odsłonięta jak nigdy przedtem.

Droga do Przełęczy Salmopolskiej mija nam szybko i bezboleśnie. Okazuje się, że turystyczny rower Justyny radzi sobie doskonale! Co więcej po drodze mijamy kilka osób, które złapały snake’a a nam jakoś póki co udało się wyjść obronną ręką.

Na Salmopolu decydujemy, że jedziemy dalej szlakiem. Za dobrze nam idzie, za wyśmienita jest pogoda by już zakończyć górski etap i ruszyć asfaltem. Ciągniemy zatem kolejne 10km po kolejnych szczytach do przełęczy na Karkoszczonce z rewelacyjnym prywatnym schroniskiem, gdzie posilamy się symultanicznie żurkiem, gorącą czekoladą i batonami.

Wycieczkę kończymy w dzikim pędzie jadąc z powrotem do Łodygowic, walcząc z czasem by zdążyć na pociąg. Całość trasy to 41 km z czego połowa w górach. 

Dla zainteresowanych link do tracku.



Głupawa koło 30 kilometra.


Herbata z cytryną i takim widokiem smakuje najlepiej!

Z widokiem na Pilsko i Tatry.

Aż trudno sobie wyobrazić, że kiedyś był tu las.

Malinowska Skała

Jak matka z dzieckiem - niefortunnie coś nam wyszło to zdjęcie

Odpoczynek na Malinowskiej

Obłędne kolory.

Justyna mimo, że na rowerze trekkingowym, mimo że pierwszy raz w górach na bajku - jest hero of the day!

Słońce coraz niżej.


Tuż przy Chacie Wuja Toma.

41 km - kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty!