Pokazywanie postów oznaczonych etykietą movie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą movie. Pokaż wszystkie posty

7 października 2014

Vuelta de Tatra - czyli na motocyklu wokół Tatr

Właściwie chciałam wmanewrować Wojtka w napisanie tego postu - ma talent, ma umysł techniczny, jest pasjonatem motocyklowym - ale nie dał się. Wszakże oko mu błysnęło, ale... powiedział, że może w tym właśnie urok że napiszę swoim stylem, że jechaliśmy, że było fajnie, że nie było tak widokowo jak być powinno, bo Tatry schowały się pod osłoną chmur choć próbowaliśmy je podejść z każdej strony...

I tak siadłam i zaczęłam się zastanawiać - co ja właściwie mam napisać? 

O emocjach jakie daje podążanie przed siebie, w nieznane na motorze? Będąc nań pierwszy raz i nie uznając się absolutnie za znawcę tematu?
O mojej obawie, że jeśli się spodoba to przechlapane... to do mojej kolekcji kasków dołączy 5 motocyklowy? 
O tym cudownym pyr, pyr, pyr jak odpala się kluczyć w stacyjce?
Znów o Tatrach - przecież tyle już o nich było, a tym razem nie były one celem samym w sobie. Właściwie w tym przypadku to dosłownie droga była celem.
O przyspieszeniu które wgniata w siedzenie, niemalże jak przy starcie samolotu, czy o górskich zakrętach które przyspieszają bicie serca?

Jak wspominałam już wcześniej jestem typem atechnicznym - nie będzie tu zatem o mocach, siłach, napędach, rozpędzaniu się w ileś tam do iluś tam. Będzie o tym, że motocykl ma ponad dwa metry długości, metr szerokości i jest baaaardzo wysoki. Usadowiona na tylnym siedzeniu po kilku godzinach jazdy orientuję się, że mój kark zesztywniał - to z nerwów, to z wypatrywania prędkościomierza bądź badaniu drogi przez ramię Kaniona. W oczach strach, w głowie mimo wszystko pełne zaufanie - że jakoś to będzie - musi być! Zawsze jest! I nie inaczej było tym razem.

Pomysłów na spędzenie tego weekendu było mnóstwo ale zdecydowaliśmy się na szybki szpil najpierw od Kubalonki po Szczawnicę, by następnego dnia zatoczyć długą pętlę wokół Tatr niezwykle piękną, widokową drogą. W Szczawnicy odwiedziliśmy rodziców, którzy zareagowali niezmiernym spokojem na kolejne cyrki swojego dziecka.

W sumie robimy ponad 600 km po drodze przemierzając miejsca i sklejając wspomnienia z kilkunastu lat z nimi związane w jedną całość. Jest cudownie... Myślę, że nadużyciem jest napisanie że włosy targa wiatr, w uszach szumi... ale po części jest to prawda. Wrażeń jakie towarzyszą takiej eskapadzie nie da się opisać - jest niekończąca się droga po horyzont, piękne widoki, grzejące słońce, bliska osoba, znów to znane już ze wspinania - zaufanie do partnera... i tylko dwa dni wolnego :/

Nie mniej jednak całość skwituję tak - z jazdą na motocyklu jako pasażer jest jak z lataniem w tandemie na paralotni - dopóki sam nie masz sterów w ręku to nie daje takiej frajdy jaką dawać powinno!

























A Wojtek w tak zwanym między-czasie zmontował filmik - zobaczcie :)





1 grudnia 2013

maxibiotic challenge

Choć od wyprawy minęło już pół roku, nasza speleoklubowa para Docentów zmontowała film przedstawiający naszą wyprawę do Hiszpanii i Francji. Zapraszam do oglądania :)

2 sierpnia 2013

70 Tour de Pologne w Dąbrowie

Miesiące ustaleń, przygotowań, spotkań, ferwor organizacyjny, a oni wzięli i... przejechali. IV etap 70 Tour de Pologne z Premią Specjalną im. Zagłębia Dąbrowskiego w naszej pięknej Dąbrowie.








30 lipca 2013

Trailer wyprawy Maxibiotic Challenge SDG 2013

Przedstawiam trailer filmu z naszej wyprawy Maxibiotic Challenge SDG 2013 - by Docent & Monika. Chwała im za to! Czekamy z niecierpliwością na pełnometrażową produkcję!






30 marca 2013

Noce Cykliczne





  
Cykliczne noce to nic innego, jak spędzenie czasu w nietypowy sposób. Nietypowy, bowiem koło zmierzchu w Dąbrowie można było zauważyć charakterystyczne zjawisko – migrację oświetlonych, „okamizelkowanych” rowerzystów w stronę molo przy jednym z dąbrowskich jezior. A wszystko zaczęło się, gdy jednej z nocy podczas letnich upałów wracałam z wieczorno-nocnego wspinania z Grześkiem i stwierdziliśmy, że to właśnie noc jest idealną porą na aktywne spotkania w gronie znajomych – jakieś rolki, grill, bieganie bądź rowery. I tu narodził się pomysł, by wieczorową porą spotkać się ze znajomymi i pośmigać trochę na rowerach.


Zaczęło się bardzo niepozornie – jako spontaniczna akcja na profilu facebook’owym DąbrowyRowerowej, który prowadzę. Na pierwszą nocną jazdę rowerową zgłosiło się 10, 30 w końcu 50 osób, natomiast to, co 10 lipca o godzinie 21.00 zastałam w miejscu spotkania – na molo przy Pogorii III przerosło moje najśmielsze oczekiwania! Ponad 150 osób, których część znałam, część kojarzyłam a reszty nigdy nie widziałam i ja z Tobiaszem, którego poprosiłam o pomoc wspinający się na barierkę tak by w ogóle ktokolwiek nas zobaczył czy usłyszał.



Przed nami grubo ponad setka rowerzystów w kamizelkach odblaskowych, z czołówkami na głowach, gotowych na pierwszą taką akcję – Cykliczną Noc. Po przejechaniu ponad 10 km trasy wokół Pogorii III oraz Pogorii I oraz zaliczając ekstremalny, błotny zjazd w czeluści nocy wzdłuż rzeczki przy Pogorii II wiedziałam już, że tego typu imprezy to nie tylko rewelacyjna przygoda, ogromna frajda, ale również możliwość poznania ciekawych ludzi. A tych nie brakowało – okoliczne stowarzyszenia rowerowe, znajomi – znajomych oraz przypadkowi rowerzyści zainteresowani tak licznym peletonem przemierzającym ścieżki rowerowe przy Pogoriach, dla których to był tylko impuls by do nas dołączyć.



Z tak pozytywnymi wspomnieniami ustaliliśmy termin II Cyklicznej Nocy. W sumie odbyło się 5 nocy cyklicznych, gdzie za każdym razem ilość rowerzystów przewyższała moje najśmielsze oczekiwania. Najgorzej/najlepiej było, kiedy w centrum miasta zjawiło się około 350 miłośników nocnych jazd, których trzeba było przetransportować jakoś przez czeluść nocy na tereny zielone, a później na nasze stałe miejsce grillowania.


Praktyka tych eskapad rowerowych dowodzi, że w trudnym piaszczystym, pagórkowatym terenie równie dobrze radzą sobie rowery górskie jak i szosówki a nawet ostre koła. Na noce cykliczne zjeżdżali rowerzyści absolutnie z całego regionu! Zawiercie, Katowice, Sosnowiec, Będzin… 



Niewątpliwie ogromną pomoc w organizacji, a przede wszystkim prowadzeniu peletonu otrzymałam od zaprzyjaźnionego klubu Ghostbikers! Gdyby nie oni po dziś dzień po lasach kręcili by się zagubieni rowerzyści ;) Ogromna pomoc przyszła również od Centrum Sportu i Rekreacji, gdzie dzięki uprzejmości przemiłego kierownika Centrum Sportów Letnich mogliśmy być ugoszczeni na obiekcie i zawsze czekał już na nas rozpalony grill. Na koniec wielki szacun dla przybywających rowerzystów - tyle osób, tyle uśmiechów, ciepłych słów a przede wszystkim doskonałej zabawy w przyjaznej atmosferze! 


25 marca 2013

dyplomowany taternik jaskiniowy


Rok nie pisałam a tu sporo wody upłynęło, trochę jaskiń się nawiedziło, a przede wszystkim otrzymało kartę taternika jaskiniowego zezwalającą na prowadzenie samodzielnie akcji jaskiniowych w Tatrach. Nasz jak dotąd zgrany kurs przy egzaminie zupełnie się podzielił – powodem tego nie było jednoznacznie wyznaczonej daty przez panią kierownik, co pozwoliło sobie niektórym pofolgować i nie podejść do egzaminu do dnia dzisiejszego.




Pierwszy raz o naszym dąbrowskim klubie dowiedziałam się od znajomego, który dosyć prężnie tu działał. To on bardzo gorąco namawiał mnie do tego, by w swojej działalności górskiej zejść do podziemia.

Myślałam, myślałam i wymyśliłam, że z chwilą, kiedy na dobre przyjadę do naszego pięknego miasta jakim jest Dąbrowa Górnicza, w ramach wdrożenia się po długich latach niebytu tutaj pójdę na kurs.


I takoż się stało. Kurs speleo polecam szczególnie osobom z góry zdeterminowanym. Trzeba mieć naprawdę silne nerwy i dużą motywację, by po drodze nie zostać odciągniętym od celu: karty taternika przez silnie działające w klubie kręgi skitourowo-wspinaczkowo-kanioningowe, które przy odpowiedniej sposobności wskazuje plusy sportów wyżej wymienionych.



Kręte, podziemne korytarze ukryte poza zasięgiem ludzkiego wzroku. W większości zarezerwowane dla wybranych, często nieodgadnione i nie do końca zbadane. Tak właśnie wygląda magiczny świat jaskiń czekający na swoich odkrywców.



Ale do meritum. Kurs składa się z części praktycznej i teoretycznej. Teoretyczna w postaci około 10 wykładów przerabianych w siedzibie Speleoklubu bądź na wyjazdach oraz praktyczne, w skład czego wchodzą zajęcia weekendowe w skałach oraz dwa obozy letni i zimowy, gdzie kursanty (zwane pieszczotliwe skursusynami) zaliczają co najmniej 3 akcje zimowe oraz 5 letnich. Ale po woli. By wybrać się do dziur przechodziliśmy przez szkolenie w naszych skałach (Ryczów, Lewe Podzamcze zwane również Birowem oraz Góra Zborów). Było to około 6 weekendów podczas których uczyliśmy się poręczować i deporęczować, zakładać stanowiska zjazdowe, śmigać na przyrządach jaskiniowych, ratować kolegów z opresji ze ściany – czyli dość bolesne i mało przyjemne autoratownictwo w końcu przechodząc do wspinaczki – sportowej, na własnej i wielowyciągowej. Jednym słowem dla każdego coś miłego. I wtedy w końcu można było pojechać do jaskiń tatrzańskich… Ale to zapewne w kolejnym poście…



Program kursu jest zgodny z wymogami Polskiego Związku Alpinizmu, a pomyślne ukończenie gwarantuje zdobycie umiejętność odpowiedniego zaplanowania akcji i realizowania bezpiecznych wejść do jaskiń w okresie letnim i zimowym, wspinaczki i asekuracji, udzielenia pierwszej pomocy w górskich warunkach oraz w sytuacjach tego wymagających. Dużym plusem są również zajęcia lawinowe w trakcie zimowego obozu, które uczą bezpiecznych zasad poruszania się po górach, działania w sytuacjach zejścia lawin, obsługi lawinowego ABC oraz piepsów lawinowych.



Poniżej przedstawiam krótki filmik z obozu zimowego - home made :)




3 listopada 2011

kanioning w Słowenii

Udało się przeżyć :) Z kilkoma siniakami i zbitymi częściami ciała pełni wrażeń wracamy do codzienności.
Celem jak już wspominałam były Alpy Julijskie w okolicach urokliwego miasteczka Bovec w Słowenii.W ostatnim momencie ekipę Olo, Rysiu, Ola, Polly, Elvis zasilają Aga i Magda. I tak w siedmioosobowym składzie, z licznymi perypetiami i sporym poślizgiem ruszamy na południe. 


Już na Słowenii pogoda nie jest dla nas bynajmniej łaskawa, mgła, zimno, gdzieniegdzie zalega jeszcze śnieg. Zatrzymujemy się co rusz aby zjeść śniadanie, a to przy Lago de Predil, a to przy jakiejś fortyfikacji na przełęczy. Wszędzie jednak zimno i mgliście. Nie wiem jak reszta ale ja jestem przerażona, że w tą zimnicę zanurzyć trzeba się jeszcze będzie w przerażająco zimnym  potoku  górskim.
Zjeżdżając jednak do doliny chmury jak ręką odjął rozstępują się a przed naszymi oczami ukazują się przecudne widoki – kolorowych jesiennych lasów, surowych, ośnieżonych szczytów, rzeki w kolorze niebieskiego Lenora i zielonej trawy. A przy tym świeci słońce, a niebo jest bezchmurne.


Od razu podjeżdżamy do pierwszego kanionu – Susec. Wita nas kilkunastometrowa kaskada wodna, z której woda dudni i huczy a Olo, ku trwodze nowicjuszy wkręca nas, że będziemy z niej skakać. W pełnym rynsztunku, piankach i kaskach na głowie ruszamy w górę kanionu, ścieżką wijącą się raz po raz, a to po lewej, a to po prawej jego stronie.
Kanion znajduje się w cieniu, a temperatura bynajmniej nas nie rozpieszcza. W dolinie termometr wskazywał zaledwie 4 stopnie. Do wody wchodzę z przekonaniem – tego jeszcze nie grali. W listopadzie pływać w górskim potoku, dygać po lesie w piance jak kosmici - co ja tu robię?

 Olo daje nam instrukcje – know-how. Po pierwszym zanurzeniu okazuje się, że nie jest wcale tak źle, lodowata woda która przedostała się pod piankę szybko się ogrzewa i w miarę szybkiego toczenia się akcji utrzymuje temperaturę. Gorzej jest kiedy natrafiamy na jakieś przestoje wówczas ziębi nas niemiłosiernie.


Suszec to przede wszystkim świetna zabawa i przygotowanie nas, nowicjuszy na kolejne akcje. Ćwiczymy skoki, tobogany, uczymy się składać do skoku, do zjazdu, jak wpadać do wody, jak pionizować ciało przy skoku. A same wrażenia? Nie do opisania, kanion „od wewnątrz” to niezliczone emocje, cudowne widoki, labirynty, małe kałuże, głębokie oczka, huczące wodospady i liczne meandry. No właśnie – niesamowite są dźwięki jakich uświadcza się będąc tam, przynajmniej te które dochodzą przez kaptur pianki. Kanion „od podszewki”  jest jakimś magicznym, cudownym tworem.  Suszec nie wymaga od nas używania liny, całość  można nazwać bardzo przyjemnym ekstremalnym spacerkiem. Trudności mają pojawić się przy okazji dwóch kolejnych. Na parking docieramy zmęczeni, po około dwugodzinnej akcji ale szczęśliwi jak dzieci. Tego samego dnia suszymy jeszcze w ogrodzie przed domem sprzęt, robimy wielki obiad oraz testujemy sposoby prażenia popcornu w mikrofali z pomocą różnych, dziwnych przedmiotów.


Nazajutrz udajemy się na trochę dłuższą, pięciogodzinną akcję – kanion Pradelica położony w Triglavskim Parku Narodowym. Jedno auto zostawiamy w wiosce u jego wylotu, gdzie też wbijamy się w pianki, by drugim wyjechać na przełęcz z której schodzić będziemy do kanionu. Tego dnia, gdyby zatrzymała nas policja uznaliby, że nie jesteśmy w pełni rozumu. 7 osób w jednym aucie, zamaskowanych i obszpejonych na dodatek bez dokumentów od auta. Kanion prezentuje się co najmniej okazale – wysokie klify, piękne wymycia, sporo toboganów, zjazdów linowych w tym dwa naprawdę miażdżące.


Ja gubię wór w kipieli wodnej, Rysio po ponad 30 metrowym zjeździe odkrywa, że jego hydrobot stracił jedną kluczową część. Nowością dnia dzisiejszego były zjazdy nawet do 45 metrów  - gdzie buty które miałam, a które od 11 lat są właściwie niezniszczalne ślizgały się na wszystkie możliwe kierunki. Ale nie dziwić się, woda wymyła wszystko doszczętnie, a tam gdzie się nie leje bezpośrednio wszystko jest omszone i chyba przez to jeszcze bardziej śliskie.

Sporym wyczynem jest też przekroczenie potoku, w miejscu gdzie ten kumuluje się i gna w wąskim miejscu jak oszalały. Nurt wciąga albo podcina nogi. Z Predelicy wychodzimy jak z magli, zmęczeni, głodni, zziębnięci i niezmiernie szczęśliwi, że zaraz wskoczymy w suche ubrania. Dzień sponsorują pyszne suszone pomidory, które nawet zatwardziali przeciwnicy pomidorów pochłaniają na raz.


Trzeci dzień, to chcąc nie chcąc dzień restu i podróży krajoznawczych. Kanion w który chcieliśmy się wbić – Kozjak – ze względu na liczne przewężenia i z powodu wysokiego stanu wody zostawiamy na „zaś”. Wejście do niego mogłoby być mocno ryzykowne i jak określa to Olo – oddzielające mięso od kości bądź ziarno             od plew. Odpuszczamy zatem  i jak weszliśmy na jego górę z ciężkimi worami z linami, tak schodzimy tą samą drogą  w dół. Resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu parku i wejściu do dziury - Zadlaska Jama – niczego sobie systemu jaskiniowego, gdzie dynamizmu akcji dodaje narracja Ryszarda i Ola.


Dzień wyjazdu to pakowanie, rozliczenie z naszą Candy-Girl, dojedzenie mleka w tubce, ferwor porządków, podczas którego Olo do zmywarki dolewa płynu do naczyń, co skutkuje w zalaniu pianą połowy mieszkania wywołując tym samym bitwę oraz ostatni, krótki kanion. Wybieramy się do Frataricy, gdzie temperatura osiąga już swoje apogeum. Na podejściu szron zalega na trawach i liściach, jest strasznie zimno i nie zapowiada się, że słońce zagości tu.


We Frataricy sporo atrakcji, przede wszystkim kilkudziesięciometrowy zjazd w zupełnej lufie, pod grzmiącym nad głową wodospadem, latanie Rysia na odciętej linie oraz magiczne meandry, kamole, wymycia. Wychodząc z kanionu obracamy się za siebie i wzdychając ruszamy dopakować rzeczy, zjeść obiad i zasiąść za kółkiem w dziewięciogodzinnej podróży do domu.



W jej trakcie wyjeżdżamy jeszcze na przełęcz Mangarską. Myślę, że nie ma tu co opisywać, zdjęcia mówią same za siebie.



Podsumowanie – myślę, że zmieniło się diametralnie moje spojrzenie na wodospady. Naprawdę nijak wzbudza emocje nawet największy wodospad  na którego się patrzy z dołu, w porównaniu z tym jak stoi się na górze, przechyla w przepaść ciało i zjeżdża w jego bryzie.


18 września 2011

II maraton rolkowo-rowerowy




Niestety w tym roku nie udało się wystartować w imprezie, musiałam oglądać ją od  drugiej strony barierek lub od kuchni jak kto woli.Ale nie powiem, że również i taka forma ma swoje zalety. Przez pół dnia mianowicie śledziłam jak tworzą się telewizyjne emisje na żywo, jak możliwe ogarnięcie jest całości pracy w transmisyjnym wozie satelitarnym i płynne miksowanie wszystkich elementów. I muszę powiedzieć, że jestem pod wielkim wrażeniem! Podobnie jak organizacja tak wielkiej imprezy jest to spore wyzwanie logistyczne! 

Do posta dorzucam jeszcze link do zapowiedzi II Dębowego Maratonu Rolkowo-Rowerowego. Właściwie powinnam tej operacji przeznaczyć osobnego posta. Cóż to był za dzień... uśmiercenie słynnego Forda Escorta w lasach Trzebiesławickich, złapanie gumy w rowerze, wypadki z niesfornym kefirem, spanie na drodze, Straż Leśna i o mało co płacenie mandatu. Klip zrealizowany przez naszych Cameleonów oczywiście. Cóż oni mają za oko!



20 stycznia 2011

TV Zagłębie


Ostatni dzień zimy - zanim nadeszły te cholerne styczniowe roztopy. Planujemy wyjście na narty, właściwie narty już wrzucone do auta a my mkniemy na Pogorię IV, kiedy dzwoni do nas zaprzyjaźniony redaktor z TV Zagłębie. Że chcą nakręcić dziś krótki materiał o biegówkach. Reagujemy żywiołowo - dlaczegoż nie! Tymbardziej, że jazdę przed kamerą na nartach już praktykowałam przy okazji innego materiału. Decydujemy więc z Elvisem, że miejsce spotkania Pogoria III i tam coś zmontujemy. I udało się... jak się okazało był to ostatni dzień przed wielkimi deszczami i plusowymi temperaturami. Materiał można zobaczyć tutaj.
Pozdrowienia dla ekipy! Do szybkiego zobaczenia!

19 stycznia 2011

Crux - the Secret Order - trailer finally on air!

Gwoli wyjaśnienia zanim mnie tu zlinczują. Post jest "kopiuj-wklej" z bloga Bartusia. Mam nadzieję, ze pamięta, że dał mi przyzwolenie. Swoją drogą pierwszy raz zdarza się, że ta zaraza napisała coś pierwsza przede mną! ;) Osobiście zapraszam do obejrzenia oficjalnego trailera oraz relacji z TV Silesia Zatem....

"...Ojj… Zdecydowanie jest to kolejny wpis z cyklu „Bo każdy dzień jest inny!”. Bo jak inaczej można nazwać to, że od pewnej, przypadkowej rozmowy przy piątkowym piwie, w ciągu niespełna 2 miesięcy w moim mieszkaniu wylądowało 9 antyterrorystów i ekipa filmowa?

No ale tradycyjnie zacznijmy od początku :) Jakoś w połowie października rozmawiając ze znajomymi z  Cameleon Studio dowiedziałem się, że planują w najbliższym czasie nakręcić krótkometrażowy film sensacyjny. Jak to zwykle bywa – gadu, gadu i przeszliśmy do innych tematów, zwykle poruszanych w pubach po całym tygodniu pracy :)

Kilka dni później, zupełnie przypadkowo temat filmu wrócił do mnie niczym bumerang za sprawą Mikołaja – jednego z „antyterrorystów” którzy mieli być głównymi bohaterami filmu. Krótka, aczkolwiek rzeczowa rozmowa i… I okazało się, że film będzie realizowany… co więcej – realizowany w moim mieszkaniu…

A potem wszystko potoczyło się tak błyskawicznie jak każda z antyterrorystycznych akcji. Cameleoni odwalili kawał papierkowej roboty, poinformowanie spółdzielni o planach względem mieszkania, informacje dla sąsiadów, zgoda na zdjęcia na parkingu podziemnym, informacja dla policji i jeszcze wiele, wiele innych kwestii, które w końcu pozwoliły nam się spotkać 10 grudnia i zacząć realizację materiału od… skonstruowania BOMBY, która w filmie zagrała jedną z głównych ról…


Zdjęcia w sumie trwały przez 3 dni, pracy było naprawdę baaaaardzo dużo, ale i humory wszystkim dopisywały, a wybuchy salw śmiechu były częstsze niż duble poszczególnych ujęć :)


Samych szczegółów filmu zdradzać nie będę, ale zapraszam do lektury wpisu z bloga PolLy, która opisywała całe zdarzenie „na świeżo”. Zapraszam do obejrzenia materiału na TV Zagłębie, który prezentuje to, co działo się na planie. Zapraszam również do obejrzenia trailera filmu i efektu końcowego, którego premiera już lutym – osobiście już nie mogę się doczekać! 


A tutaj jeszcze na koniec oficjalna stronka cameleonów.

12 grudnia 2010

na planie filmowym

Takiej pobudki muszę przyznać jeszcze nie miałam... Polly wstawaj, za półgodziny wjeżdża tu grupa antyterrorystyczna. I faktycznie - za pół godziny malutkie mieszkanie Elvisa babci, nasze kultowe miejsce spotkań, pękało w szwach - nie wiem jakim cudem ale w kuchni zmieściło się 9 osób zajadających śniadanie a po pokoju i korytarzy biegało kolejnych tyle jak nie więcej. A wszystko za sprawą naszych znajomych z cameleon studio i grupy paramilitarnej z Kraka i Katowic.

 Powyższe grupy a oprócz tego kilkoro jeszcze znajomych zapewniło nam dzień pełen atrakcji - latające zupki chińskie, Tomuś a'la Ferdek Kiepski w różowych dresach, rewelacyjna ekipa Cameleona - Lenka, Madzia, Kuba i Robert, przerażona mama Elvisa, sąsiedzi, babcia z okna naprzeciw - jednym zdaniem - VXT, bo każdy dzień jest inny...
Oficjalne rezultaty w połowie przyszłego miesiąca ale już dziś mogę powiedzieć, że praca to bardzo ciężka. Nakręcić materiał to jedno (zdjęcia trwały trzy dni) a zmontować z miliona scen to co faktycznie gdzieś się uroiło w głowie to drugie. Na razie zapowiedz od Pana reportera na tvzaglebie :)

23 lutego 2010

hostal Oasis

Wero... nasza Weronka (hehehe) znalazła prace w hostelu. Ale jakim! Sto procent backpackerski, sto procent odjechani, młodzi ludzie z całego świata, sto procent klimatu i atmosfery. Hostel nazywa się Oasis i trafić do niego to nielada wyczyn! Zbunkrowany za dziesiątym kościołem po lewej jest miejscem melanżu kulturowego i narodowościowego. Hostel poza noclegiem proponuje szereg wycieczek, imprez, jest bar, jest basen na tarasie na ostatnim (3) piętrze. Pokoje sa mieszane, z łóżkami dwupiętrowymi, na dzień dobry miła atmosfera, ludzie się poznają, spędzają wspólnie czas - mega, mega. Fajny klimat, kolorowo, dobra muzyka - świetna atmosfera dla przyjezdnych ale też i świetny klimat do pracy. I jeszcze coś... ta pełna lodówka na 3 piętrze... :)


Wero esta trabajando en hostal! Yupiiii je! Parece que ahora somos chicas de recepcion, casi todas! :) Wero esta trabajando en un hostal super chulo, con super rollo, gente joven de todo el mundo. El hostal es de tipo backpackers pues atrae toda la gente joven que viajan por el mundo con poco dinero. Hay una piscina pequenita, hay un bar, la musica guapa, la buena gente trabajando... y la nevera llena en la 3 planta! Ya se donde vamos a pasar el lunch :)