Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

23 grudnia 2013

dzień dobry w Poznaniu

Pewnie nie raz to pisałam, ale powtórzę jeszcze. Poznań... nieodmiennie i zawsze wywołuje u mnie uśmiech, a serducho otula się ciepłym wspomnieniem. Stąd odpowiedź na pytanie - wracam w sobotę z Katowic do Poznania - jedziesz ze mną? - zajmuje mi zaledwie minutę. No pewnie, że jadę!


Okazja jest wyjątkowa - tradycyjnie spotykamy się ze wszystkimi przyjaciółmi na wigilii - tradycja narodziła się już po studiach i dopiero w tym roku mogę uczestniczyć pierwszy raz w słynnej ceremonii wręczania prezentów - czyli jeden z naszych znajomych przebiera się i kolejno obdarowuje zebranych prezentami, a to sadzając na kolanko, a to każąc zaśpiewać, a to się ucałować w policzek. Jest cudownie... cudownie też widzieć i słuchać co się dzieje u wszystkich.  Dalszą część imprezy spędzamy w Poco Loco, hostelu założonego przez Tomka i Margo, gdzie również odbywają się znane melanże skupiające kolejnych znajomych... Tłoczno, oryginalna muzyka - właśnie kończy się koncert, gdzie grupa muzyków wciśnięta w kąt przechodniego pokoju w kamienicy podryguje ostatnie tony. I znów - większość tych imprez znam ze zdjęć - i w kocu udało się tu przybyć.

Stałym punktem każdego wyjazdu jest również wizyta u Tomcia - Szefunia w Taterniku absolutnie jedynym i słusznym sklepie górskim w Poznaniu!

Reszta Poznania bez większych zmian - No ok, wybudowali dworzec, ale pod mostem dworcowym dalej stoją stare i brudne kioski i sklepiki. Kaczki dalej przechadzają się po Łazarskim parku koło JJów, ludzie szaleją na Półwiejskiej i w Starym Browarze - fakt zbliżających się świąt potęguje doznania...

Na rynku jarmark świąteczny oraz ekologiczna choinka.  Czyli wysoka na ma 8 metrów konstrukcja z 3000 plastikowych butelek! Co ciekawe choinka po odsłużeniu swojego pod ratuszem zostanie rozebrana, a  butelki PET wykorzystane do budowy świątecznego drzewka zostaną przetworzone na ekologiczne poduszki. Poduszki trafią następnie na aukcję organizowaną w ramach 22. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. To się dopiero nazywa recycling!





12 sierpnia 2013

Powidz - czyli lejdis i żagle

A nieformalnie Tirówki - Szuwarówki - czyli pierwsze i na pewno nie ostatnie takie spotkanie psiapsiół z AWF'u. Na swój cel obieramy Powidz - dla Pyrek całkiem blisko, ja muszę tarabanić się pociągiem z Katowic - i tu o zgrozo! W nowo powstałym pięknym dworcu nie ma punktu informacji, stąd kolejki do okienek mają kilkanaście metrów, a Pani przede mną pyta o możliwość dojazdu 2 września do Świebodzina... gdy ja mam pociąg za niespełna 10 minut! Ale nic to, Wero przyleciała do nas specjalnie z Hiszpanii! Jest też Heksa, Medżikowa vel. Dziadówa, Majson, Barbara, Asia i Klopsio - czyli skład, którym można wojować świat! 

To zaledwie weekend acz jak na babski comber przystało wszystkie tematy zostały przegadane, junk foody zjedzone na następny dzień wywołując wyrzuty sumienia (stąd sałatki na obiad, śniadanie i w między czasie). Zostało popływane, ponurkowane, poopalane, pośmiane, wychillowane i zgodnie stwierdzone, że co najmniej raz na rok musimy spotykać się w tym składzie na żaglach, w górach, w skałach, na deskach, na windzie...opcji jest mnóstwo!






        







 







 Zdjęcia by Basia & me

5 kwietnia 2011

4 Poznański Półmaraton - zdążyć przed Kenijczykiem

W końcu po pół roku mojej obecności w Polsce udało mi się dotrzeć do Poznania. A wszystko dzięki rozmowie z Grzesiem, który zasugerował, że półmaraton w dąbrowie można sobie odpuścić na rzecz półmaratonu Poznańskiego. No tak w sumie odkrywcze to nie było, wiedziałam, że w tym samym czasie tu i tu odbywa się ta sama impreza. Odkrywczym było natomiast, że w Poznaniu można wystartować na rolkach! Ding-dong! Jedziemy do Poznania! Po pierwsze, bo okrutnie już tęsknię za moimi przyjaciółmi, po drugie pościgać się na rolkach to co innego niż biec te mordercze 21 km z ogonkiem, kiedy jeszcze do tego biegu nie jest się tak przygotowanym, jak by się chciało! Zapisujemy się zatem jako team VXT, mieścimy się w 300 osobowym limicie rolkarskim, pakujemy się, wieczorem w piątek wsiadamy w mini jeździdełko i zasuwamy do Poznania.

Niedziela rano, za oknem słońce - udało się! Pogoda dopisuje! W najgorszym wypadku, w razie deszczu pojawilibyśmy się na lini startu lecz nie z rolkami tylko z butami do biegania. Szybko wcinamy śniadanie... lub produkty ze zdjęcia poniżej...


... dupy nie urywa, wszystko super mdłe no ale w imię startu i "nafutrowania się" węglowodanami wciskamy w siebie kolejne łyżki makaronu z jabłkiem. Z domu wychodzimy z 45 minutowym zapasem czasu, który na nic się zdaję... na Maltę jedziemy zig-zagiem - większość ulic jest już pozamykana i strzeżona przez mundurowych. Mieliśmy jeszcze takie plany przed startem... a okazuje się, że porzucamy auto pod galerią Malta skąd w rolkach już jedziemy na start. Wózkarze i rolkarze startują 10 minut przed biegaczami.
Mój cel na dziś - uciec przed Kenijczykami. Co roku to oni właśnie wykazując się nadludzką mocą zajmują czołowe stawki w wyścigach maratońskich.


Na mecie czeka na nas Carlos, nie widzieliśmy się już w sumie rok, więc rozgrzewkę zostawiam sobie na później wdaję się natomiast w skrót informacji co przez ostatni rok się wydarzyło. I nie dość, że jestem pierwszy raz na rolkach w tym sezonie, to jeszcze bez rogrzewki, na dobrą sprawę nie znam trasy i co górka mam wizję, że jak torpeda polecę na łeb na szyję potrącając jeszcze jak pionki całą widownię, biegaczy, innych rolkarzy i w ogóle masakra!

Start o godzinie 9:45, wszyscy ochoczo odliczają ostatnich 5 sekund i ruszamy! Trasę można prześledzić tutaj. Co pięć kilometrów oczywiście punkty sanitarne, czekolady, isostary i woda, z których po wyrwaniu w pędzie wolontariuszowi zostawała tylko kapka na dnie... :) Makabryczne tory tramwajowe, gdzie dwa razy zaliczyłabym glebę, dziury na Drodze Dębińskiej, tak że musiałam jechać z półmetra od mojego "zajączka" żeby mu w plecy nie wjechać i okrutny podjazd właściwie już od samego AWF po osiedle Orła Białego z wiatrem w twarz! Niemoc kompletna! No ale sama atmosfera, tysiące dopingujących nas osób, muzyka life co jakiś odcinek, Carlos, który nie wiem jak to ogarnął ale jak dla mnie był w kilku miejscach naraz dopingując mnie i Elvisa i mówiąc już bliżej niż dalej, Dawid, który czekał na mecie i doczekać się nie mógł... (czyt. przez półtora roku ludzie zmieniają się nie do-Poznania, i choć kojarzy Elvisa i laskę z takimi samymi spodenkami jak moje, to mnie już nie kojarzy ;) Marta i Grześ (dzięki którym mamy jakiekolwiek zdjęcia z tego eventu!), gdzieś tam biegnący Łuki (obalający teorię, że bez przygotowania można pobiec półmaraton - a owszem można jak się jest Łukim, który wiele lat trenował kajakarstwo, startwał w tysiącu maratonów i ma krzepę że głowa boli!), Basia, Tomaszo, i Dzoana ... i Elvis, który odstawił mnie juz na pierwszym kilometrze, ale dzięki temu sprawił, że mój upór i chęć dogonienia go sprawiły, że cały czas mocno napierałam... to daje taką moc i taką frajdę! Oczywiście gdzieś tam po drodze moc trochę słabnie, zwłaszcza na rzeczonym długim strasznie podjeździe. Na koniec ścigam się dosłownie z jakimś dziadkiem. Tak to jest... niby się startuje niezobowiązująco, niby zupełnie rekreacyjnie ale zawsze znajdzie się taki rywal, na którego uweźmiesz się, że przed Toba na metę nie dotrze. No i ten właśnie dziadziuś na ostatnich metrach podjazdu prawie mnie wykończył. Ostatnie kilometry to już finish, lekko z górki, wolontariusze z tablicami "Zwolnij" ("tylko jak do cholery przy tej prędkości się zwalnia na rolkach?"), złożenie się do ostrego zakrętu, Malta, dzikie tłumy, ostatnia osoba do wyprzedzenia, meta, ręce w górę, wypatrzenie Elvisa i Carlosa, zahamowanie na nich, medal, trzy kubki wody, euforia... i zdegustowanie (już...?!)


Udało się przed Kenijczykami. Na metę wjechałam po godzinie i 12 minutach, choć muszę przyznać, że oddech najlepszego biegacza czułam właściwie na plecach. Dobiegł on na metę w 1h 3 min! No comments - ja w takim czasie robię 10 km. W gronie kobiet zajęłam miejsce w środku stawki, także elegancko. Ale miejsca liczą się tu najmniej. W chwili, gdy jedyną Twoją ambicją jest dotarcie do celu (mety) stajesz się zwycięzcą gdy dopniesz swego. I tutaj wielki szacun dla Asi do której przylgnęło mi jakoś bardziej imię Majka (?!) za wytrwanie! Towarzyszyliśmy jej z Elvisem w ostatnich metrach biegu i tak w końcu na finiszu półmaratonu w końcu udało nam się spotkać twarzą w twarz po w sumie ponad roku wzajemnego czytania blogów i posiadaniu współnych znajomych! Szacuneczek jeszcze raz!

Próbowaliśmy też, jednakże bez skutku, wyczaić debiegających na metę znajomych. Tłum był tak wielki, że od patrzenia na różnokolorową przemieszczającą się masę ludzi można już było dostać oczopląsów. Do reszty poruszyli mnie Tatusiowie (i tutaj Wero motyw by Ci się spodobał) którzy na ostatnich metrach chwytali za ręce swoje pociechy, albo wrzucali je na barana i tak dobiegali do mety (sweet) :)

Co do rolek i długich dystansów. To był pierwszy mój taki półmaraton i zdecydowanie stwierdzam, że wyniszczenie organizmu jest znacznie mniejsze niż po przebiegnięciu tego samego dystansu. Przede wszystkim zakwasy są mniejsze, kolana nie bolą a na dłuższych odcinkach zjazdu można się złożyć i trochę sobie odpocząć. Zdecydowanie też łatwiej jest jechać za kimś, podobnie jak na rowerze wejść w tunel areodynamiczny i siedząc komuś na ogonie trochę sobie dychnąć. Ruch jest mega naturalny, te 21 km wcale nie aż takie wyczerpujące także zdecydowanie następne starty to albo półmaraton z czasem poniżej godziny albo maraton w intencji dobiegnięcia na metę!

I na koniec jeszcze dobry demot, który znalazłam na fejsie:

30 marca 2010

go go go go Karlitto!


3 Poznański Półmaraton. 28 marca po dwóch godzinach snu... Karlitto nasz sportowiec biegnie półmaraton! :) Grande, grande! Pomimo ciężkiego tygodnia elegancko wkosił dobry czas zajmując miejsce w 1/3 stawki. Gdzieś tam na 20 km wyszłyśmy z Agatką w ciężkich trudach pokibicować z ulubionymi Karlittowymi małymi papryczkami i buteleczką Limoncello :) Zatem Dabrowski - szacuneczek!
Wieczorem jeszcze pyszny obiad w domu Agatki w Kaziu pod Poznaniem, krótka drzemka i wspominki wyjazdu w mieszkanku u Gochy, gdzie o 20 już nas uciszał sąsiad... Ekipa prawie w komplecie :) I tak jakos wlosko się zrobiło :)

Media Maraton en Poznan. Este vez no yo, solo mi amigo participa en la carrera. Y todo seria bien si no hemos regresado de Italia el mismo dia y el pudo dormir solo 2 horas. Grande Karlitto! Despues todo acabo la carrera con el resultado muy bueno! Ojala yo pudiera hacer este tiempo algun dia! :)

13 października 2009

Poznań, Polonia


Poznań, el cuidad donde estudie. Siempre me encanta regresar aqui. Todos mis amigos, monton de recuerdos, lugares bien conocidos. De todas maneras 5 anos de mi vida paso aqui :)