Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Espana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Espana. Pokaż wszystkie posty

7 września 2010

Hiszpańska kolacja

W Hiszpanii jada się kiedy zelżeją upały, jada się zatem zazwyczaj koło 22, 23 a nawet i później. Jada się potrawy lekkie, ryby, sałatki, mięsa... I o dziwo proszę państwa kiedy zaczyna się gotować nagle zbiega połowa wioski i obiad, który był przeznaczony dla kilku osób należy podzielić na kilkanaście. Ale takie już tu panują zwyczaje. Drzwi dla każdeo są otwarte, dla każdego znajdzie się miejsce przy stole, każdy coś przyniesie, dorzuci. Bo nie ma nic bardziej smutniejszego na świecie niż gotowanie dla samego siebie a później konsumowanie posiłku w ciszy i kontemplacji nad odgłosami wydawanymi przy przełykaniu, żuciu i gryzieniu. Pisałam juz o naszych kultowych obiadach poniedziałkowych... kultowe również były obiady w domu Gaela oranizowane najpierw w soboty, a później przez moja prace przeforsowane na środy. Obiady te w szczególności odróżniały się ogromną ilością Caipirinii którą gospodarz domu wlewał obficie w gardziele zebranych. Oooo tak, to były czasy... zanim nastał sierpień i wszyscy zaczeli pracować bez przerwy!

kolacja w naszym patio
pierwsza słynna paella Lary, na zdjęciu: Sam, Maria, Gael, Sallyanne, Jernej, Dai, Oscar, Isabel, Ingo, JB, Deco, Lara, Jose, Luis, X :), Paula, Jade :)

1 września 2010

Tarifa - tu mieszkam



Dziś wybraliśmy się po mojej pracy na zwiedzanie miasta. Zaliczyliśmy właściwie dwa najważenijsze zabytki, które o zgrozo widziałam pierwszy raz od jakichś 7 miesięcy kiedy mieszkam w Tarifie! A był to tutejszy XV wieczny kościół i zamek z X wieku, twierdza strzezaca najbardziej kluczowego miejsca w całej Hiszpanii - cieśnina Gibraltarska, od południa Maroko z silnymi w ówczesnych czasach wpływami Maurów. Zamek jak stwierdziliśmy (przyzwyczajeni do naszych cudownych jurajskich warowni) "dupy nie urywa" (przeraszam jesli ktos zwrot ten odbierze jako wulgarny, ale dawno go nie slyszalam i tym większy na mnie wywarł śmiech i jest idealnie adekwatny do sytuacji). Ruiny, kilka wyznaczonych ścieżek, a w dziedzińcu coś, co przypominało budujący się hotel, jednak prace nad nim zostały porzucone juz jakis czas temu. Najwiekszą frajdą była zabawa z levante, wiejącym dziś z jakieś 30 kilka węzłów oraz szukanie z wieżyczki widokowej miejsca, gdzie stoi nasz dom. Oszacowalismy mniej wiecej ze jest tu... (patrz zdjęcie powyzej). Nie ma co, ale widoki byly cudowne, z jednej strony ocean, z drugiej góry, z trzeciej stara część miasta (almedina) wznosząca się lekko wzgórzem a z czwartej piekna hiszpanska dachowka na dachu zamku. Cód, miód i orzeszki.

31 sierpnia 2010

Gibraltar - pionowy raj

Ostatni tydzien pracowalam mozna powiedziec bez przerwy. To to, o czym pisalam... sierpien w nadmorskim mozna by rzec kurorcie. Wypoczywaja tylko Ci co sa na wakacjach (choc czy w polgodzinnych korkach by wyjechac z Tarify na najpiekniejsze okoliczne plaze mozna wypoczywac?)... dla tych, ktorzy pracuja ten okres to pieklo. I takie pieklo zaserwowano mi w zeszlym tygodniu. Bagatela 70 godzin pracy w zaledwie 6 dni. Ale koniec koncow efekt niedzieli - dnia kompletnie wolnego doladowal mi baterie na full! Dzien wolny, ekipa - cel - Gibraltar. I mozna by powiedziec, ze historia sie powtarza, bo juz rok temu bylam tam ale okazuje sie ze niekiedy te same miejsca mozna zwiedzic w dwa zupenie odmienne sposoby. Tym razem nastawiamy sie na wypad niezwykle aktywny... szkoda tylko ze nieprzytomna wstajac z lozka rano nie wpadlam na to, ze moze pasowaloby pierwszy raz od 4 miesiecy zalozyc normalne buty a nie japonki, jesli wyrusza sie z VXT w... gory!


Na autobus zdazamy na ostatnia chwile. Wpakowujemy sie i podziwiamy piekne widoki roztaczajace sie za oknem. W drodze Tarifa´- La Linea de Concepcion (ostatnie hiszpanskie miasto przed Gibraltarem) autobus pokonuje droge prowadzaca przez gory, gdzie po jednej stronie obserwuje sie wysokie szczyty porosniete srodziemnomorska makkia, gdzie postawione so elektrownie wiatrowe, z drugiej natomiast mniejsze pagory, urokliwe dolinki wyrastajace z morza, z ciesniny. Przy dobrej pogodzie widac stad jak na dloni Maroko, Afryke, przy troche gorszej wjezdza sie w nisko wiszace chmury pedzace ku ladowi. Docieramy do La Linei i kierujemy sie od razu na granice. Nie ma problemu z przekroczeniem jej, mityczne tez sa rzekome 2 godzinne korki przy wjezdzie czy kolejki ludzi. Pokazujemy paszporty czy dowody i juz za kilka sekund jestesmy w Wielkiej Brytanii. Z euforii ladujemy sie do pierwszej czerwonej budki telefonicznej i kazemy sobie robic zdjecia a Elvis kwituje akcje tak - moj pierwszy raz w Wielkiej Brytanii :)


Szturm na perfumerie (strefa bezclowa) z Agatka roztaczamy won perfum nie tylko juz za nami ale i 10 metrow przed nami, szturm na informacje turystyczna, a przynajmniej mapy ktore i tak pogubilismy i koniec koncow szturm na the Rock, czyli ponad 400 metrowa gore wyrastajaca na cyplu, wizytowke Gibraltaru.
Na prowizorycznej mapce zobaczylismy ze jest mozliwosc uderzyc na szczyt przepieknym szlakiem, wijacym sie zakosami po drugiej stronie gory. Tam tez skierowalismy nasze kroki. Zar leje sie z nieba, powietrze wydaje sie stac w miejscu, tabliczka ze szlakiem pokazuje 2 godziny drogi i szlak bardzo wymagajacy a my jak na zlosc mamy 1,5 litrowa butelke wypelniona juz tylko do polowy. No ale co... my nie damy rady? I w tym miejscu chce zdementowac pogloski, ze w klapkach chodzic po gorach nie mozna. Jak nie mozna jak mozna i ja jestem tego najswiezszym przykladem? Sciezka wije sie niesamowicie malowniczo nad morzem, od jego powierzchni oddziela nas niezla przepasc, jakby nie patrzec gora the Rock zdaje sie wystrzeliwac wprost z morza, niemalze pionowymi scianami do wysokosci ponad 400 metrow. Droga pnie sie w gore na poczatku trawersujac zbocza i lekko podchodzac po skalne formacje a pozniej juz mocnymi zakosami ucieka w gore po drodze mijajac zapierajace dech w piersiach tarasy widokowe, tunele i schody wykute w skale, groty i jaskinie. Istny raj na ziemi, pierwszy raz od tylu miesiecy w Hiszpanii nie widze ludzi... jest cicho, dziko i blogo. W koncu!

W znacznie krotszym niz przewidywany czas stajemy na szczycie i zaczyna sie... fotografowanie wszechobecnych malp, latanie po grani, zwisanie glowa nad przepascia (nigdy z tego nie wyrosniemy), stawanie na rekach a nawet i glowie.


Pierwsze litry nabytej na gorze substancji plynnej wlewamy w siebie na jednym oddechu, zaklejamy sie bula z serem roqueford oraz suszonymi daktylami idebatujemy na temat dziwnych polaczen smakowych - wiecie jak pyszne sa suszone daktyle zawiniete w bekon albo jamon serrano? Mniam, palce lizac! Po eksploracji szczytu ruszamy do miasta, droga jest dluga, slonce juz dostatecznie nam przygrzalo wiec zaczyna sie czesc artystyczna - spiewamy wszystko - pòczawszy od ACDC a skonczywszy na Rocie (Konopnickiej - info dla Agatki ;)... Na dole jeszcze turbo zwiedzanie, bieganie po pasie startowym tutejszego lotniska. (Fenomen! Gibraltar jest tak maly, ze jedyne lotnisko jakie mogli zrobic, zrobili tuz za granica. Jego pas startowy przecina glowna droge. Na skrzyzowaniu drogowo-lotniczym normalnie ustawione sa semafory i oczywiscie pierwszenstwo przejazdu, podejrzewam, ma samolot :)


Do Tarify dojezdzamy wykonczeni, a moze tylko ja... cala droge przesypiam a kiedy wyciagaja mnie z autobusu na dworcu w centrum naszej wioski probuje zebrac mysli w jedna calosc - gdzie ja jestem, co ja tu robie, skad wzieli sie oni? :)

2 lipca 2010

Yoga nad brzegiem oceanu


To już w sumie rok (oczywiście ze sporymi przerwami) od Portugalii, gdzie pierwszy raz byłam na zajęciach jogi. I cóż... muszę przyznać, ze to wspaniały sposób odreagowania wszystkiego, dosłownie wszystkiego. Nic nie wpływa tak kojąco, uspokajająco jak szum morza, zachód słońca, piasek i kilka asan. Ostatnio też odnalazłam w Tarifie centrum jogi, prowadzone przez Sussanę - półtora godzinna sesja wprowadza totalne odprężenie i ból mięśni przez kolejnych kilka dni :) Jeśli starczy mi sił, czasu a przede wszystkim determinacji i motywacji chciałabym bardzo każdego ranka na opustoszałej plaży ćwiczyć choć przez pół godziny. Może w jakimś poście za kilka miesięcy napiszę, że udało mi się to :)

kolacje poniedziałkowe

Poniedziałki... wszystko zaczęło się od celebracji narodzin Luany, córeczki naszej brazylijki Bianki. Później ktoś powiedział, że najlepsze fiesty są w poniedziałek, bo pustoszeje całe miasto i pozostają tylko stali bywalcy a w kóncu ktoś (ja) wpadł na pomysł, że poniedziałki trzeba specjalnie celebrować zapraszając wszystkich znajomych na obiad w naszym cudnym patio. I tak się zaczęło... sporo już było tych poniedziałkowych obiadów, każdy inny, zawsze ktoś nowy się nawinie. Kiedy mamy za dużo nagotowanych pyszności wyruszamy na 5 minutowy kurs po mieście mijając zaprzyjaźnione miejsca - blanco i tomatito, gdzie zawsze znajdzie się ktoś głodny i chętny podzielić z nami trochę swego wolnego czasu. Nie trzeba oczywiście wspominać, że każdy żyje tu swoim czasem... wszyscy zaproszeni na 22, zaczynamy gotować o 23 a goście przybywaja koło 24 :) Nie ma wystarczającej ilości krzeseł, talerzy, zawsze brakuje krzeseł, sztućców, czasem zabraknie piwa lub rumu do mojitos wtedy kolejny kurs do Nonna z Tomatito i już mamy wszystko. Poniedziałkowe obiadki cieszą się coraz większą popularnością i zostały wpisane w tygodniowy harmonogram najbliższych znajomych :)

29 czerwca 2010

Tarifa - calle Esperanza


Tak... to jest wlasnie to rzeczone patio za 10 zakretem w lewo i 3 w prawo :) Patio czyli cos jak pokoj dzienny, salon gdzie spedzamy godziny kradnac internet, wysluchujac wlascicielki mieszkajacej nad nami, witajac i zegnajac gosci, dyskutujac, jedzac i grajac na gitarze. I mimo, ze mieszkamy w samym centrum Tarify, Starego Miasta (mapa tutaj) prawie nie dochodza nas tutaj odglosy ulicy, szumy nocnych imprez czy inne takie. Od czasu da sie slyszen muzyke ulicznych grajkow, slonce tez za bardzo nie doskwiera, jest wystarczajaco duzo cienia zeby sie skryc :) Mieszkamy jak juz wczesniej wspomnialam w ogolnej komunie z Niko i Paula. Rewelacyjni ludzie! Obcujac z nimi ma sie wrazenie ze kultura w ktorej sie wychowalismy, jezyki ktorymi wladami i wszystkie inne przeszkody to tak na prawde zadne przeszkody i podobnych sobie ludzi spotkac mozna na calym swiecie i juz po kilku dniach dogadywac sie z nimi jak ze starymi dobrymi znajomymi :) Mieszkanie... coz jest specyficzne, bardzo specyficzne. Zaleta jest ze mieszkamy w centrum, wada ze np nie mozemy wyrzucac papieru toaletowego do muszli klozetowej bo rury sa zbyt waskie i wszystlow  mig sie zatyka. (znam to juz z Maroka). Zatem ku pamieci w naszej lazience wisi plakat napisany w kilkunastu jezykach upraszajacy o wrzucanie papieru do niebieskiego magicznego kubelka. Specyficzny jest tez pokoj, ktory dziele z Nico. W sumie jest to wielkiej powierzchni pokoj przedzielony a´la szpitalna kurtynka. Tym samym dzielimy nasza przestrzen zyciawa na dwa :) Smieci chadzamy wyrzucac do portu, trzeba troche podygac waskimi uliczkami. Teraz to zaden problem ale w sierpniu kiedy zjada ludzie moze nam to zajac nawet pol godziny by przedrzec sie do najblizeszego kubla na smieci :)

16 maja 2010

Tarifa - mekka surferów



Już jestem, w Tarifie. Pisze do Was z uroczego domku w Casco Antiguo (ichniejszym starym mieście), gdzie białe klepane ściany kontrastują z niebieskimi dodatkami tworząc klimat niczym z greckiej wyspy Santorini. Nie jest to miejsce bez znaczenia, kto wtajemniczony podpowiem, ze mieszkam u Nonno (gdzie tymczasowo przebywa też Nicoletta) w małym mieszkanu które w zeszłym roku było zamieszkiwane przez naszych Brazylijczyków.


Mieszkanie zamiast przedpokoju ma otwarte patio, z którego nocą można spoglądać na gwiazdy. Tym samym patio rano trzeba przedygać do toalety będąc w stanie dopiero co z łóżka. Zero problemu latem, kiedy grube ściany utrzymują przyjemną chłodną temperaturę wewnątrz podczas gdy na zewnątrz szaleją upały. Problem kiedy wstajemy rano i biegnąc do łazienki zimą z nieba leją się strugi deszczu. Rewelacyjny klimat! Za murami tuż, tuż jest też wieża super starego, prawie sypiącego się kościółka, skąd co godzinę a może nawet i częściej rozbrzmiewa monumentalny dzwon.


W Tarifie spotkałam też mnóstwo znajomych, część została tu z zeszłego roku, część przyjechała na wakacje, część tak jak ja na nowo zasiedlić to miejsce na lato. Jest ich mnóstwo, mnóstwo i spacerując za dnia czy w nocy po uliczkach co 15 minut gwarantuję napatoczysz się na kogoś znajomego. Jest tu Frank, który spełnił swoje marzenie sprzed roku, pracuje na Gibraltarze, gdzie codziennie jeździ swoim autem w garniturze, a po pracy w Tarifie wskakuje w boardshorty i idzie na deskę, jest Asia, która zakochała się klimacie Tarifeńskim i przyjeżdża tu co roku, jest Barbora, Czeszka pracująca w Tomatito, która wskoczyła na moje miejsce kiedy w październiku stąd wyjeżdżałam. Są wszyscy Sandrowie Włoscy, tych nie wyliczę – 1500, 2900! I ogólnie wszędzie znajome twarze! Od dziś zaczynam boje o pracę i mieszkanie! Zobaczymy jak wyjdzie! Właściwie mieszkanie znalazłam jeszcze wczoraj – w podobnym klimacie jak mieszkanie Nonna na jednym z głównych placyków Taryfy (tam gdzie jest Nuit) ale wilgoć i wszechobecnie panujące ciemności w tym mieszkaniach na dole patio nie służą zbytnio na psychę – także zobaczymy co da się „wykminić” :) Mam nadzieje ze do czasu następnego posta wiele się wyjaśni i będę Was już mogła swobodnie zaprosić do mojego własnego kąta!

18 marca 2010

Adios Sevilla!

Guadalquivir de Triana              
I nadszedł czas, jak z bicza trzasł... nie wiedzieć kiedy upłynęło kilka miesiący od kiedy się wprowadziliśmy do Sevilli a tu juz proszę państwa czas pakować manatki. Oczywiście wszystko na ostatnią chwilę, łącznie z tym, że do godziny 16 miałam zaledwie 20 euro, po godzinie 16 odczułam nagły przypływ gotówki (wynajęcie pokoju i wypłata). Pakowanie się... do dwóch pleacaków i jednego pudła, do którego spokojnie zmieściłaby sie Wero. I powiem tak... nie wiem w jaki sposób ale rzeczy się rozmnażają! Przyleciałam tu zaledwie z 25 kilogramami (w tym prostownica i suszarka do wlosow, i shaker, mikser tudzien batidora z czego wszyscy nadal się śmieją) a teraz ledwo się mieszcze w rzeczonych dwóch plecakach i pudle wielkości Wero... Szybki sprint to pare upominkow, kilka opakowan roqueforda (uzaleznilam sie od niego a w PL jest strasznie drogi), queso de cabra (nasz nowy wynalazek, ser z mleka koziego, palce lizac) i na lotnisko!
I coz... jak to Wero napisała tak ładnie...nie bedzie już "chupito na barze (będzie coś jeszcze gorszego Wero!!!), batido ze wszystkiego (teraz ja mam batidore, hehe), serów w lodówce (no fakt nie bedzie), tuńczyka pod kołdrą (znalazlas go w koncu? To ten ostatni?), porozrzucanych fatałaszków (z tego, że bedzie czysto myśle ze sie najbardziej ucieszy Vale), wypadów na tapasy (tez mi tego bedzie  brakowało) i do banku (taaaa pozdrowienia dla Pana z banku), gubienia się na mieście (od tego tośmy są specjalistki), niusy o Marcach - dalej się gubię, który jest kim i gdzie ( no przeciez jest tylko trzech! I kazdy ma swoja ksywe zebys ich rozrozniala), stale obecną głuchotę (co?! Yyyyyy?)".
No cóż... jednym słowem było cudnie, pięknie... ale nie zamykam żadnego rozdziału w moim życiu, po prostu robie sobie małą przerwę :) Ot taką do 9 maja :)

La esencial del post - os quiero mi familia!!!! :*
Y toda la gente que han pasado por mi ultimo ano!!!
Muak, muak! :*

Tydzień pożegnań

Wero, linda Linda, Nicola, Felix, yo, Luis... donde? No recuerdo :)

Cóż można w tym miejscu napisać... Od czego zacząć...
Może od tego, że kilkanaście tygodni temu w mojej głowie zakiełkowała pewna idea, dość przewrotna. Wystarczyła tylko jedna rozmowa telefoniczna i nieśmiała sugestia... nie masz ochoty jechać w góry pojeździć na deskach jeszcze w tym sezonie? Szybka obczajka biletów, kalendarz, telefon do przyjaciela... :) I jedziemy! Idea przewrotna bowiem dla moich rodziców była to niespodzianka, wstępnie planowałam powrot w połowie maja. Przewrotna bo wylot miałam mieć w ostatnim dniu mojej pracy... no i trzeba było wszystko przeorganizować. No ale nie ma rzeczy niemożliwych.
Ostatnie dni mijały mi jak z bicza trzasł, chodziliśmy to tu, to tam, jeździliśmy to tu to tam. Stałam się stałą bywalczynią hostalu Wero, w tym miejscu pozdrowienia dla ekipy! No ale nie dziw, bo ludzie tam przebywający i pracujący to wybitne elementy! Francuzo-niemco-wlocho-hiszpanie mieszkajacy polowe zycia w Kolumbii, Niemczech, Anglii, Stanach i nie wiem gdzie jeszcze a na dokładke uczące sie ot choćby koreańskiego. Niesamowite klimaty, niesamowicie pozytywne postacie. Także ostatni tydzien obfitował w wydarzenia, które rozpoczął chyba wieczór z  trunkiem zwanym limoncello... Pozniej juz dzialo sie tyle, ze celem spedzania czasu wszedzie gdzie tylko można i wykorzystania ostatnich dni w Sevilli na ile się da, odjęłam sobie kilka godzin ze snu... i tak jakoś wyszło, że kilka nocy było bardzo, bardzo krótkich.
Ostatni tydzień to też wydarzenie p.t. powiedzieć szefowi przed najwyższym sezonem (Semana Santa) że tak po prostu sobie jade. Na szczęście ku mojemu zdumieniu przyjeli to na spokojnie nawet z nutką smutku. Więc wszystko ładnie pięknie.

La ultima semana en Sevilla fue una locura. De repente uno se da cuenta que hay que disfrutar cada dia, cada hora y cada minuto de su estancia. Por eso a lo mejor quitar un par de horas de la noche y hacerlo dia, encontrarse con amigos, dar ultimos paseos, hacer ultimos fotos. Ultimamente tambien pasamos mucho tiempo con la gente de hostal de Wero, el sabado hacemos gran fiesta, ultima vez con la familia columbiano-italiano-polaca y con la gente de trabajo de Wero. Fue una pasada!

2 marca 2010

yoga de cuerpo y mente

W sumie jakby nie patrzac bedzie juz prawie rok od kiedy zaczelam uprawiac yoge.
Zeby bylo ciekawiej, bylo to na portugalskiej wyspie Tavirze, zajecia prowadzone nie inaczej jak po portugalsku (dla mnie wymieszany hiszpanski z francuskim z wegierskim) i ja zielona jak trawa na wiosne. Instruktorka byla pamietam mega pojechana, w jakichs dziwnych szatach, a z tylu na glowie miala wygolony symbol om. Gdyby nie fakt, ze wszystko bylo organiowane legalnie i powiedzmy pod patrnatem duzej imprezy pomyslalabym, ze jestem na spotkaniu jakiejs sekty. Przez polowe zajec chcialo mi sie smiac, nie moglam sie skupic, zapach kadzidelek mnie dusil, 30 stopni na zewnatrz dobijalo az po poltorej godzinie mordegi zrobilismy sesje relaksacyjna... Mnie wiele nie trzeba, wiec usnelam snem bardzo glebokim i kiedy zaledwie po 10 minutach sie obudzilam, czulam sie jak narodzona na nowo. Wtedy pomyslalam - hej to dziala! :)
Pozniej bylo kilka zajec w Poznaniu, w Tarifie az w koncu jestem tutaj w Sevilli, gdzie od jakiegos juz czasu uczeszczam do szkoly przedstawionej powyzej. Bardzo fajne i klimatyczne miejsce. Super instruktor. Zajecia prowadzone na wysokim i wykwalifikowanym poziomie. Nic dodac, nic ujac - fiesta dla ciala i ducha! :) I choc po slynnych zajeciach z gimnstyki i akrobatyki na pierwszym roku u niemniej slynnej Pani Garstki myslalam ze juz nigdy nie zrobie mostka, hop siup i stoje teraz na glowie, na rekach, robie mostki i inne cuda niewidy. Do szpagatu niestety brakuje mi wciaz tyle samo centymetrow...

23 lutego 2010

hostal Oasis

Wero... nasza Weronka (hehehe) znalazła prace w hostelu. Ale jakim! Sto procent backpackerski, sto procent odjechani, młodzi ludzie z całego świata, sto procent klimatu i atmosfery. Hostel nazywa się Oasis i trafić do niego to nielada wyczyn! Zbunkrowany za dziesiątym kościołem po lewej jest miejscem melanżu kulturowego i narodowościowego. Hostel poza noclegiem proponuje szereg wycieczek, imprez, jest bar, jest basen na tarasie na ostatnim (3) piętrze. Pokoje sa mieszane, z łóżkami dwupiętrowymi, na dzień dobry miła atmosfera, ludzie się poznają, spędzają wspólnie czas - mega, mega. Fajny klimat, kolorowo, dobra muzyka - świetna atmosfera dla przyjezdnych ale też i świetny klimat do pracy. I jeszcze coś... ta pełna lodówka na 3 piętrze... :)


Wero esta trabajando en hostal! Yupiiii je! Parece que ahora somos chicas de recepcion, casi todas! :) Wero esta trabajando en un hostal super chulo, con super rollo, gente joven de todo el mundo. El hostal es de tipo backpackers pues atrae toda la gente joven que viajan por el mundo con poco dinero. Hay una piscina pequenita, hay un bar, la musica guapa, la buena gente trabajando... y la nevera llena en la 3 planta! Ya se donde vamos a pasar el lunch :)  

20 lutego 2010

cafe con leche

O kawie, cafeterach i cafeteteriach można by pisać i pisać. Hiszpanie miłują się w spędzaniu wspólnie godzin sjesty w małych barach, kafejkach gdzie dyskutują, jedzą i piją. Gwarno, szumnie, dzieciaki biegają, bawią się, hałasują, natomiast starszyzna siedzi bądź stoi popijając kawkę albo piwo i zajadając ciasteczka i inne smakołyki. Takie właśnie miejsca, cafeterie otwarte w ciągu dnia, gdzie można zjeść śniadanie, wyskoczyć na lunch a wieczorem wyjść ze znajomymi na piwo i tapas (małą przekąskę) to coś, czego zdecydowanie brakuje nam w Polsce. Takie miejsca żyją własnym życiem, codziennie o tych samych godzinach wysiadują te same twarze, można przeczytać poranną gazetę, porozmawiać z codziennie tak samo zabieganym kelnerem, można wdać się też w rozmowe z podwórkowymi filozofami, obejrzeć mecz wśród rozentuzjazmowanego tłumu a po jedzeniu jak to wszyscy maja tu w zwyczaju zużyte serwetki rzucić na ziemię. To co ja uwielbiam, to wyłożyć kości w słońcu na jakims małym skwerku i popijając czy to pyszną kawę z mlekiem (latem dochodzi jeszcze opcja lodu) czy zieloną herbatę obserwować ten barwny, krzykliwy tłum. Chillout gwarantowany. Uwielbiam te chwile.

Poco a poco tenemos aqui nuestro costumbre de celebrar el ritual de beber cafe. Desde hace cuando me acuerdo siempre bebemos cafe con leche (en verano la opcion con hielo) tomando tambien algo dulcito :) Pretendemos siempre a elegir lugares typicos de espanoles, donde pasan su tiempo las familias enteras, donde se puede ver el partido de futbol, leer un periodico, charlar con camerero que ya te reconoce, los lugares donde en la misma hora se puede ver las mismas caras. Asi nuestro costumbre pequeno, nuestros lugares que nos falta tanto en Polonia.