Pokazywanie postów oznaczonych etykietą getaway. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą getaway. Pokaż wszystkie posty

20 sierpnia 2020

Wołowiec, Rohacze, Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banikov, Rohackie Stawy, Zabrat, Rakoń, Grześ – czyli starzy mają wychodne

Mają wychodne, czyli próbują w jeden weekend nadrobić cały "stracony" sezon. I tak padło na Tatry Zachodnie, a dokładniej Rohacze – o których myślałam już od liceum ale nigdy jakoś nie było mi z nimi po drodze. Chcieliśmy wbić się na nie od słowackiej strony ale woleliśmy nie ryzykować wjazdu do naszych południowych sąsiadów w piątek, by na przykład w niedzielę dowiedzieć się że z powodu COVIDu nie możemy wrócić do kraju lub musimy odbyć obowiązkową kwarantannę. Postanowiliśmy tym samym wbić się na szlak od strony polskiej, a dokładnie od Doliny Chochołowskiej.

Na dwa dni przed wyjazdem planner mapy.cz wskazał blisko 35 kilometrów marszu i ponad 20 godzin w drodze. Ale po konsultacji z innymi kozicami górskimi stwierdziliśmy, że przecież kto jak nie my i szlak ten pokonamy w szybszym tempie (haha).

Nasze ultracamino rozpoczęliśmy zielonym szlakiem z Chocho na Przełęcz Zawracie, skąd już dwoma skokami dotarliśmy na Wołowiec. Meldujemy się na nim koło 8:00 – idealnie bo nie ma jeszcze zbyt wielu ludzi. Wędrówkę umiliła nam Zośka, która stwierdziła że przed pracą przebiegnie się na Wołowiec. Tym samym mozolny spacer pod górę przeplatała ciekawostkami z Tatr, które przygotowując się na egzamin przewodnicki ma w jednym paluszku! Na Wołowcu zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i dzida na dół do Jamnickiej Przełęczy. Przed nami maluje się piękna panorama dzisiejszej wędrówki – Ostry Rohacz, Płaczliwy Rohacz, Trzy Kopy, Hruba Kopa i Banówka. Po drodze czekają nas liczne odcinki z łańcuchami dlatego zależy nam, by przelecieć to w miarę szybko i uniknąć tym samym korków w trudniejszych miejscach. 

Szlak ten często porównuje się do naszej Orlej Perci. Owszem, jest on miejscami dość powietrzny natomiast na osobach przyzwyczajonych do ekspozycji nie wywiera jakiegoś powalającego wrażenia. Łańcuchy okażą się nieocenione podczas trudnych warunków pogodowych, śliskiej czy nawet zalodzonej skały. Natomiast w suchy i pogodny dzień stokroć lepiej korzystać jest z naturalnych chwytów i stopni skalnych. W porównaniu jednak do naszych szlaków w Tatrach Zachodnich słowacki odcinek specjalny potrafi zaskoczyć! Pierwsze łańcuchy zaczynają się już na podejściu na Ostry Rohacz. Swoją drogą jego 200 metrowe ściany opadające na zachodnią stronę ku Dolinie Rohackiej robią imponujące wrażenie. Rohacz Płaczliwy jest zdecydowanie bardziej kopulasty i daje większy komfort psychiczny osobom, które nie są obyte z przestrzeniami. Można tu odpocząć i rzucić okiem na rozległą panoramę Tatr wszelakich – Zachodnich, Wysokich i Niżnych. 

Wyczerpującą wędrówkę góra dół można zakończyć już na etapie Smutnej Przełęczy skąd niebieskim szlakiem zejdziemy wprost do Doliny Rohackiej. My jednak czując pulsujący pod skórą niedosyt i ciśniemy dalej. Bardzo miłe zaskoczenie – jakoby po Rohaczach już nic ciekawego miało się nie wydarzyć – stanowią Trzy Kopy. Obfitują w eksponowane przejścia i długie łańcuchy. Powoli zaczyna doskwierać nam słońce i brak wody. Ta mimo sporych zapasów niknie w oczach! Na dodatek morale nam trochę opadają kiedy wchodzimy na Hrubą Kopę, bo oto zapomnieliśmy, że po drodze musimy wejść jeszcze na Banikov (Banówkę). A jedynym mokrym prowiantem jaki mamy jest jogurt pitny. Dobre i to... byle do pierwszego źródełka! 

Z wielką ulgą na przełęczy Banikowskiej wypijamy ostatnie zapasy i puszczamy się w dół po osypującym się kamieniami szlaku. Patrząc za siebie podziwiam upór ludzi, którzy gramolą się tu tak mozolnym podejściem. Wytyczona wcześniej pętla kieruje nas na Rohackie Stawy. Kolejne podejście... ale widoki wynagradzają wędrówkę. Po drodze udało nam się napełnić butelki aż po korek więc wstąpiły w nas nowe siły. Znów można robić zdjęcia i tracić energię "na rzeczy niepotrzebne". 

Chcąc nie chcąc by przebić się przez flankę gór do Polski musimy zejść na dół do Tatliakovej Chaty. Tutaj wychodzą z nas "Janusze" turystyki – nie mamy przy sobie ani pół euro, a jedyne pieniądze to 20 złotych w papierku. Przy złodziejskim kursie 1 euro - 5 złotych udaje nam się kupić kofolę i radlera, którymi wznosimy toast za swoją głupotę. Z nową energią ruszamy zatem przez Zabrat na Rakoń. 

Po drodze mijamy ostatnich ludzi i na grani jesteśmy praktycznie sami jak okiem sięgnąć. Mimo iż jest późne popołudnie nie spieszy nam się. Pogoda jest cudna więc planujemy jeszcze romantyczną kolację Lyofoodową na szczycie Grzesia. Nieoczekiwanie dzielimy ją ze spotkanym wędrowcem w słusznym wieku lat 80. A spotkanie to będziemy pamiętać bardzo długo, bo kolejny raz życie nam pokazało, że na tym świecie bez względu na losy, wiek, miejsce zamieszkania – wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. I tylko ktoś tam na górze ciągnie za sznurki i sprawia, że ludzie – nieraz w tak nieoczekiwanych okolicznościach jak ten – na siebie wpadają.

Całość – jakże miłej i męczącej wycieczki ostatecznie wyniosła 27 kilometrów i zajęła nam 14 godzin. Z przewyższenia natomiast wyszło, że z palcem w nosie tego dnia moglibyśmy zrobić Gerlach zaczynając od poziomu Bałtyku. Well done. Kawał dobrej i nikomu niepotrzebnej roboty! 

Polecam mapkę i apkę.

Widok z Płaczliwego Rohacza na Ostry Rohacz i w dali kopułę Wołowca.

Poranne mgły w drodze na Wołowiec

Obłędne poranne widoki z Wołowca

Zapowiada się idealny warun – gdybyśmy mieli ze sobą sprzęt pewnie wbijalibyśmy się już w ścianę.

Rohacz Ostry i Płaczliwy, a także Nogawica (Nohavica) z Jamnickiej Przełęczy.

Jedno z wielu miejsc z lufą pod nogami

Ostry Rohacz – chyba wiemy czemu zawdzięcza swoją nazwę

Na szlak który robimy zwykło się mówić Orla Perć Tatr Zachodnich. W sumie jest coś w tym.

Na szczycie Rohacza

W dole widać Rohackie Stawy - tamtędy będziemy wracać przez Tatliakową Chatę na Zabrat, Rakoń, Grzesia i w doliny

Po zachodniej stronie grani rozpościera się imponująca skalna galeria.


Płaczliwy Rohacz – jako głosi tabliczka na szczycie

Krzyż z nart i kijków opasany liną na szczycie Hrubej Kopy. Tatry Zachodnie, a w szczególności dolina Żarska są mekką narciarstwa skiturowego.

Szlak obfituje w liczne łańcuchy, które przydadzą się zapewne podczas trudnych warunków kiedy skała jest mokra lub co gorsza oblodzona. W innym przypadku wygodniej używać naturalnych chwytów.

Jedno z wielu eksponowanych miejsc

Wołowiec, Ostry i Płaczliwy Rohacz, Nogawica, Smutna Przełęcz i ścieżka na Trzy Kopy.

W takich miejscach doskonale jest uczyć się topografii. Całe Tatry na wyciągnięcie ręki.


Trzy Kopy oferują bardzo fajne widoki przestrzenne. Takie szlaki lubimy – lufa tu, lufa tam.

Trzy Kopy

Z widokiem na Banikov

Rohackie Stawy – urokliwe miejsce idealne na niezbyt forsowną wycieczkę

Rohacze z zielonego szlaku w Dolinie Smutnej

W drodze na jeden z pipantów na Długim Upłazie.

A słońce chyli się powoli ku zachodowi. W dole dolina Rohacka.

Polana Zadniej Doliny Łatanej na tle naszego dzisiejszego wyczynu.

Długi Upłaz w drodze na Grzesia

Spektakl chmur i popołudniowego słońca nad Tatrami Zachodnimi. Widok z Grzesia.



Zachód słońca na Przełączce pod Grzesiem


Oraz profil trasy również z map turystycznych.

Na koniec jeszcze przebieg naszej traski na mapach turystycznych.


16 września 2016

Must see in Tbilisi

Lądując w Tbilisi bez mapy, przewodnika i tym bardziej zielonego pojęcia co w mieście zrobić mając zaledwie, lub aż 48 godzin dałam się po prostu ponieść instynktowi podróżnika. Poszperać, pogmerać, popatrzeć i jakoś psim swędem dotrzeć w miejsca, które jak później wyczytałam polecał również przewodnik oraz kilka stron internetowych. I tak moim zdaniem sześć największych zalet i atrakcji tego miejsca oraz absolutnych "must experience" są niewątpliwie:

Sulphure baths - czyli łaźnie z termalną wodą siarkową. W tym miejscu jak nigdzie indziej można podkreślić, że w to miejsce zawiedzie Was węch! Specyficzny zapach "jaja zbuka" jest domieszką tego miejsca. Termy znajdują się w najstarszej dzielnicy miasta i datowane są na VI wiek! Sama ich bryła robi niesamowite wrażenie i nawet obywając się bez kąpieli czy masażu warto tu po prostu przyjść by zrobić klimatyczne zdjęcia z symbolem miasta - kamiennymi kopułami.


Klimatyczne knajpki, kafejki i restauracje - zazwyczaj skupione na jednej ulicy lub w dzielnicy. Nocą rozbrzmiewają gwarem oraz muzyką lokalnych artystów. Podświetlone lampionami, świeczkami i lampeczkami. Idealne miejsce by skosztować lokalnej, jakże pysznej kuchni i napić się głównego towaru eksportowego Gruzji - wybornego wina!




Lokalne kramy - na których właściwie możesz kupić wszystko. To nie tylko sklepy z dywanami, lokalnymi rękodziełami czy smakołykami. To także tak kultowe miejsce jak bazar staroci przy Suchym Moście. Miejsce, gdzie siedem dni w tygodniu nabyć można absolutnie wszystko - pamiątki z II wojny światowej, pliki banknotów sprzed denominacji, sztandary, medale, obrazy, telefony, plakaty... absolutnie wszystko! Bazar to też możliwość porozmawiania z localsami, którzy chętnie pozują do zdjęć oraz szczególnym ciepłem darzą Polaków.



Tbilisi wieczorową porą - warto zachować trochę sił na wieczór i kiedy miasto spowije noc zostać świadkiem spektaklu świetlnego. Pięknie podświetlone budynki, kościoły, pomniki - wszystko tworzy niesamowity klimat. Nocą szczególnie warto skierować się w stronę genialnie podświetlonego Mostu Pokoju by przeprawić się ze Starego Miasta do parku miejskiego, gdzie codziennie po zmroku odbywa się pokaz fontann. Można przysiąść wśród zieleni, obserwować grę świateł i wody, nogą przytupując sobie w rytm muzyki.


Dać się ponieść - czyli zostawić mapę i przewodnik, a w rękę wziąć aparat i oddalić się w boczne, nieuczęszczane przez turystów uliczki. Niekiedy na prawdę warto skręcić z głównego traktu turystycznego w boczną uliczkę i podążyć nią pięć minut by znaleźć się wśród klimatycznych uliczek tak wąskich, że dostępnych tylko dla pieszych. Tu można zajrzeć też przez bramę czy uchylone drzwi na podwórze i zobaczyć, że mimo iż jesteśmy w stolicy, centrum miasta, o krok od głównych ulic ludzie żyją bardzo skromnie, a ich domy nie raz podpierane są przez drewniane belki, powstrzymujące je od zawalenia się.





Zobaczyć miasto z góry - a dokładniej z jednego z okolicznych wzgórz, by przekonać się jak pięknie położone jest to miasto. W mieście znajdują się dwie kolejki - jedna gondolowa prowadząca na wzgórze na którym znajduje się twierdza oraz pomnik Matki Gruzji oraz szynowa, która wjeżdża wyżej na wzgórze Mtatsminda, gdzie znajduje się rozległy park miejski m.in z Diabelskim Młynem, dzięki któremu można wzbić się jeszcze wyżej. Na wzgórza warto wybrać się przy zachodzie słońca - uchwycić jeszcze ciepłe, delikatne barwy miasta kąpiącego się w zachodzącym słońcu, by za chwilę być świadkiem spektaklu świateł - rozświetlonych głównych arterii, ruchu ulicznego oraz budynków. W jednej z licznych relacji w internecie przeczytałam, że Tbilisi jest prawdopodobnie najpiękniej podświetloną stolicą, a liczne światła i rozgwieżdżone niebo tworzą jedną całość sprawiając wrażenie, jakoby gwiazdy z nieba spadły na miasto.






7 września 2016

Jayma Bazaar w Osz - szwarc, mydło i powidło

Absolutnym must have opisywanym w przewodnikach są bazary Kirgistanu. Bazar Jayma w Osz, wśród z nich najbardziej znany, może poszczycić się mianem największego w Centralnej Azji. I zdecydowanie coś w tym musi być! Na bazarze można nabyć absolutnie wszystko! Począwszy od produktów spożywczych - słynnych lepioszek dodawanych do każdego dania, przez świeże i pyszne warzywa, owoce, orzechy (mnóstwo rodzajów) przez chemię, artykuły szkolne, podręczniki, pamiątki, dziecięce kołyski, ubrania, tkaniny, mięso po sztućce, wiadra i anteny telewizyjne! Jednym zdaniem: szwarc, mydło i powidło!

Na dzień dobry uderza chaos - jest głośno, samochody trąbią na siebie, marszrutki zatrzymują się jak chcą, ktoś pcha wózek, w charakterystycznych rynsztokach wypełnionych wartko płynącą wodą pędzą puste plastikowe butelki. Słońce przygrzewa niemiłosiernie, jest ponad trzydzieści stopni. Na bazarze każdy jak może stara sobie zrobić kawałek cienia. Wiszą zatem plandeki, materiały, rozłożyste parasole i kawałki blachy - jakiś cud pozwala tylko na to, żeby nie runęło nic na głowę przechodniom.

Bazar zachwyca kolorami i zapachami. Rozbudza zmysły. Pachną wonne przyprawy i ich mieszanki., kwiaty, warzywa... pachną kadzidła które raz po raz odpalane są na stoiskach. Na swój specyficzny sposób pachnie mięso w tym upale - nieapetyczne jego części zwisają na hakach albo rzucone są niejednokrotnie wprost na blaszaną ladę (umytą czy nie) wystawioną bezpośrednio na słońce. Oblepione muchami, tak jak oblepiony jest cukier i kryształy cukru osami, albo wory z nasionami dziobiącymi się na nich ptakami. Jest folklor... Mierząc się ze stoiskami z ubraniami zaobserwujemy jak inna jest kultura, odmienny ubiór w głównej mierze dyktowany wpływami islamu.


Lepioszki - podawane tradycyjnie do każdego dania
Ryże, kasze, fasole, grochy i co jeszcze
Warzywa i owoce - autentyczne, niedoskonałe, najsmaczniejsze
Zapach wonnych przypraw unosi się nad całym bazarem

Mnogość orzechów i nasion - nic dziwnego, w końcu Kirgistan orzechem stoi
Stoisk jest mnóstwo i ciężko się zdecydować u kogo kupić
Część mięsna również jest - zapowiada ją przykry zapach i sfory much

Sery w formie dla nas nieznanej
Jajka na pewno od szczęśliwych kur

Brudna marchewka to zdrowa marchewka :)

Choć jest ponad 30 stopni, kto tu słyszał o chłodni...

Bazary obfitują też w inne towary: materiały, ubrania, obuwie, sprzęty gospodarstwa domowego i wiele innych

Bazar