Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowenia. Pokaż wszystkie posty

23 marca 2012

Kaniony Słowenia pół roku później

My już po oficjalnym rozpoczęciu sezonu!! Naszą ekipą: Kaśka Turzyńska, Polly Wierzbicka (SDG), Mateusz Czerwiak (STJ), Gośka Multan (AKG), Rysiu Pawłowski (AKG), Olo Dobrzański (SDG) i Ruda (AKG) spędziliśmy święta wielkanocne w Alpach Julijskich. Tak, tak, nie mogąc się już doczekać sezonu postanowiliśmy wyjść pogodzie naprzeciw! No i dostaliśmy to, czego chcieliśmy: śnieg, zimno i szczęko-trzęsawka. No i trochę słońca też. Ale nikt nie żałuje.
  
W pierwszy dzień zajęcia teoretyczne oraz praktyczne suche – na bazie u Candy-Girl. Na szczęście obyło się bez skoków do suchego basenu. Zaraz po uzyskaniu zaliczenia u Ola poszliśmy do Susca i tu już nastąpiło oswojenie z wodą dla nowicjuszy oraz tych po dłuższych urlopach odkanionowych. Kupa śmiechu, zabawy, strachu no i wody, bo na koniec rozpadało się już na dobre i trzeba się było przebierać w budce filanców. Nie trzeba dodawać, że byliśmy jedynymi obecnymi tam kanioningowcami.

Drugi dzień przywitał nas słońcem, co zachęciło nas by radośnie ruszyć na P******. Padający śnieg nawet nie zniechęcił naszej dzielnej polskiej, stęsknionej kanionów ekipy, a jedynie przyspieszył akcję wskoku do pianki. A pianki ubraliśmy wszystkie, które mieliśmy i tyle warstw, ile się tylko zmieściło i nie hamowało ruchu. Najwięcej emocji wzbudziła oczywiście 50-tka, i dla zjeżdżających, i dla wypuszczającego Ola oraz dla oczekujących w przeciągu. Trzęsawko-głupawka opanowywała zwłaszcza tych oczekujących, dlatego każdy chciał jak najszybciej zjechać by znaleźć się po słonecznej stronie. Tak, pod wodospadem było dużo bardziej przyjemnie; można było się rozłożyć na trawce i ogrzać. A dalej to już pognaliśmy, aby szybciej przez zacienioną krainę mordoru.
Każdego wieczoru na bazie odbywał się seans pt. „Przeżyjmy to jeszcze raz”, czyli przegląd filmów i zdjęć z akcji. Wspaniała okazja do wielu analiz, w szczególności do napiętnowania naszych głupich błędów.  Ludzie, co się porobiło! Tyle tych kamer, tyle aparatów, że nawet nie byliśmy w stanie tego wszystkiego przeglądnąć. Do tej pory nie da się tego ogarnąć, tyle tych gigów się natworzyło. Uważam, że należy nałożyć jakiś limit pojemności na kamero/człowieka/kanion. Wariactwo!
W trzeci dzień było już tyle słońca, że nawet część ekipy postanowiła spędzić go na łące łapiąc brąz kosztem kanionów. Nawet Olo początkowo nie chciał nigdzie iść. Czy to był już udar słoneczny? Teraz nikt nie zgadnie, na szczęście przeszło mu szybko! I tak działaliśmy w podgrupach: Rysiu, Mateo i ja poszliśmy na Po D***. Brrr - północne zbocze! Do tej pory się trzęsę!  Olo – Globoski Potok, a reszta białogłowych: Kaśka, Polly i Gośka – łąka. My na Po D*** mamy fajną wodę; biegniemy w dół opuszczając niestety ostatnią pięćdziesiątkę z wolnym zjazdem, bo sieroty, zapomnieliśmy liny :/ Olo jednak podjął męską decyzję i pojął, że nie po to przejechał 900 km, żeby grzać tyłek na pastwisku i wyruszył na solową akcję; swoją drogą wybrał znacznie lepiej ulokowany kanion, niż nasz, przez co nie marzł.
Jak na święta przystało były również świąteczne śniadania no i wieczorne świętowania ;) Niestety, nie było nadwornego znakomitego kucharza Docka. Próbowałam go nawet zastąpić, ale na żałosnych próbach się skończyło… cóż, grunt, że głodni nie chodziliśmy ; )
W ostatni dzień, po długich namysłach decydujemy się na S***** w dolinie Trenty. Kanion otwarty, woda okazuje się bezproblemowa, kilka fajnych skoków, rewelacyjne formacje, kilka świetnych toboganów, kiepskie obicie. Lajtowa, sprawna akcja, w sam raz na taki tramwaj, jak nasz.
Potem szybkie pakowanie i jazda do domu.

Tekst - Rudi

























3 listopada 2011

kanioning w Słowenii

Udało się przeżyć :) Z kilkoma siniakami i zbitymi częściami ciała pełni wrażeń wracamy do codzienności.
Celem jak już wspominałam były Alpy Julijskie w okolicach urokliwego miasteczka Bovec w Słowenii.W ostatnim momencie ekipę Olo, Rysiu, Ola, Polly, Elvis zasilają Aga i Magda. I tak w siedmioosobowym składzie, z licznymi perypetiami i sporym poślizgiem ruszamy na południe. 


Już na Słowenii pogoda nie jest dla nas bynajmniej łaskawa, mgła, zimno, gdzieniegdzie zalega jeszcze śnieg. Zatrzymujemy się co rusz aby zjeść śniadanie, a to przy Lago de Predil, a to przy jakiejś fortyfikacji na przełęczy. Wszędzie jednak zimno i mgliście. Nie wiem jak reszta ale ja jestem przerażona, że w tą zimnicę zanurzyć trzeba się jeszcze będzie w przerażająco zimnym  potoku  górskim.
Zjeżdżając jednak do doliny chmury jak ręką odjął rozstępują się a przed naszymi oczami ukazują się przecudne widoki – kolorowych jesiennych lasów, surowych, ośnieżonych szczytów, rzeki w kolorze niebieskiego Lenora i zielonej trawy. A przy tym świeci słońce, a niebo jest bezchmurne.


Od razu podjeżdżamy do pierwszego kanionu – Susec. Wita nas kilkunastometrowa kaskada wodna, z której woda dudni i huczy a Olo, ku trwodze nowicjuszy wkręca nas, że będziemy z niej skakać. W pełnym rynsztunku, piankach i kaskach na głowie ruszamy w górę kanionu, ścieżką wijącą się raz po raz, a to po lewej, a to po prawej jego stronie.
Kanion znajduje się w cieniu, a temperatura bynajmniej nas nie rozpieszcza. W dolinie termometr wskazywał zaledwie 4 stopnie. Do wody wchodzę z przekonaniem – tego jeszcze nie grali. W listopadzie pływać w górskim potoku, dygać po lesie w piance jak kosmici - co ja tu robię?

 Olo daje nam instrukcje – know-how. Po pierwszym zanurzeniu okazuje się, że nie jest wcale tak źle, lodowata woda która przedostała się pod piankę szybko się ogrzewa i w miarę szybkiego toczenia się akcji utrzymuje temperaturę. Gorzej jest kiedy natrafiamy na jakieś przestoje wówczas ziębi nas niemiłosiernie.


Suszec to przede wszystkim świetna zabawa i przygotowanie nas, nowicjuszy na kolejne akcje. Ćwiczymy skoki, tobogany, uczymy się składać do skoku, do zjazdu, jak wpadać do wody, jak pionizować ciało przy skoku. A same wrażenia? Nie do opisania, kanion „od wewnątrz” to niezliczone emocje, cudowne widoki, labirynty, małe kałuże, głębokie oczka, huczące wodospady i liczne meandry. No właśnie – niesamowite są dźwięki jakich uświadcza się będąc tam, przynajmniej te które dochodzą przez kaptur pianki. Kanion „od podszewki”  jest jakimś magicznym, cudownym tworem.  Suszec nie wymaga od nas używania liny, całość  można nazwać bardzo przyjemnym ekstremalnym spacerkiem. Trudności mają pojawić się przy okazji dwóch kolejnych. Na parking docieramy zmęczeni, po około dwugodzinnej akcji ale szczęśliwi jak dzieci. Tego samego dnia suszymy jeszcze w ogrodzie przed domem sprzęt, robimy wielki obiad oraz testujemy sposoby prażenia popcornu w mikrofali z pomocą różnych, dziwnych przedmiotów.


Nazajutrz udajemy się na trochę dłuższą, pięciogodzinną akcję – kanion Pradelica położony w Triglavskim Parku Narodowym. Jedno auto zostawiamy w wiosce u jego wylotu, gdzie też wbijamy się w pianki, by drugim wyjechać na przełęcz z której schodzić będziemy do kanionu. Tego dnia, gdyby zatrzymała nas policja uznaliby, że nie jesteśmy w pełni rozumu. 7 osób w jednym aucie, zamaskowanych i obszpejonych na dodatek bez dokumentów od auta. Kanion prezentuje się co najmniej okazale – wysokie klify, piękne wymycia, sporo toboganów, zjazdów linowych w tym dwa naprawdę miażdżące.


Ja gubię wór w kipieli wodnej, Rysio po ponad 30 metrowym zjeździe odkrywa, że jego hydrobot stracił jedną kluczową część. Nowością dnia dzisiejszego były zjazdy nawet do 45 metrów  - gdzie buty które miałam, a które od 11 lat są właściwie niezniszczalne ślizgały się na wszystkie możliwe kierunki. Ale nie dziwić się, woda wymyła wszystko doszczętnie, a tam gdzie się nie leje bezpośrednio wszystko jest omszone i chyba przez to jeszcze bardziej śliskie.

Sporym wyczynem jest też przekroczenie potoku, w miejscu gdzie ten kumuluje się i gna w wąskim miejscu jak oszalały. Nurt wciąga albo podcina nogi. Z Predelicy wychodzimy jak z magli, zmęczeni, głodni, zziębnięci i niezmiernie szczęśliwi, że zaraz wskoczymy w suche ubrania. Dzień sponsorują pyszne suszone pomidory, które nawet zatwardziali przeciwnicy pomidorów pochłaniają na raz.


Trzeci dzień, to chcąc nie chcąc dzień restu i podróży krajoznawczych. Kanion w który chcieliśmy się wbić – Kozjak – ze względu na liczne przewężenia i z powodu wysokiego stanu wody zostawiamy na „zaś”. Wejście do niego mogłoby być mocno ryzykowne i jak określa to Olo – oddzielające mięso od kości bądź ziarno             od plew. Odpuszczamy zatem  i jak weszliśmy na jego górę z ciężkimi worami z linami, tak schodzimy tą samą drogą  w dół. Resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu parku i wejściu do dziury - Zadlaska Jama – niczego sobie systemu jaskiniowego, gdzie dynamizmu akcji dodaje narracja Ryszarda i Ola.


Dzień wyjazdu to pakowanie, rozliczenie z naszą Candy-Girl, dojedzenie mleka w tubce, ferwor porządków, podczas którego Olo do zmywarki dolewa płynu do naczyń, co skutkuje w zalaniu pianą połowy mieszkania wywołując tym samym bitwę oraz ostatni, krótki kanion. Wybieramy się do Frataricy, gdzie temperatura osiąga już swoje apogeum. Na podejściu szron zalega na trawach i liściach, jest strasznie zimno i nie zapowiada się, że słońce zagości tu.


We Frataricy sporo atrakcji, przede wszystkim kilkudziesięciometrowy zjazd w zupełnej lufie, pod grzmiącym nad głową wodospadem, latanie Rysia na odciętej linie oraz magiczne meandry, kamole, wymycia. Wychodząc z kanionu obracamy się za siebie i wzdychając ruszamy dopakować rzeczy, zjeść obiad i zasiąść za kółkiem w dziewięciogodzinnej podróży do domu.



W jej trakcie wyjeżdżamy jeszcze na przełęcz Mangarską. Myślę, że nie ma tu co opisywać, zdjęcia mówią same za siebie.



Podsumowanie – myślę, że zmieniło się diametralnie moje spojrzenie na wodospady. Naprawdę nijak wzbudza emocje nawet największy wodospad  na którego się patrzy z dołu, w porównaniu z tym jak stoi się na górze, przechyla w przepaść ciało i zjeżdża w jego bryzie.