Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy. Pokaż wszystkie posty

11 kwietnia 2015

Pucon - mekka poszukiwaczy adrenaliny oraz chilijskie wulkany



Pucón to urokliwa mieścina leżąca u stóp wulkanu Villarica. Wśród backpackersów i szukających przygód zasłynął jako ich mekka. Pełno tutaj agencji zapewniających atrakcje wszelakie – od speleo, wspinaczki, whitewater raftingu, kajakarstwa górskiego, latania, skakania ze spadochronem po inne dziwne sporty. Cały wachlarz – do wyboru do koloru! Pucon oferuje również wiele urokliwych knajpek oraz hosteli. My zatrzymujemy się w jednym, który jest absolutnie backpackerski, co w sumie w obliczu kończących się wakacji nie wpływa na nas zbyt dobrze – pełno tu osób, które od miesięcy snują się po Ameryce Południowej w poszukiwaniu przygód, urokliwych miejsc i ciekawych ludzi…
Pucon położony jest nad brzegiem jeziora Villarica, jest tu urokliwa plaża miejska z wulkanicznym ciemnym piaskiem, gdzie można odpocząć po wszystkich przygodach.
Wokół Puconu mnóstwo jest źródeł termalnych – odwiedzamy nawet jedno z takich miejsc – najbardziej oddalone od wioski źródła - Los Pozones.

To, że ziemia „żyje” przekonujemy się na własnej skórze nie tylko na termach – okazuje się, że na tydzień przed naszym przybyciem wulkan Villarica górujący nad miastem wybucha. Do tej pory spokojny, drzemiący nagle ożywa! Właściwie przyjeżdżając na miejsce po oglądaniu w wiadomościach sytuacji tuż po wybuchu spodziewaliśmy się, że co najmniej pół miasta będzie zdewastowane – no Pompeje może niekoniecznie ale coś w tym temacie. Jak się okazuje nie taki diabeł straszny… Z wulkany tylko stopniała czapa śniegowa i jest chwilowy zakaz wstępu do parku – miasto jak stało tak stoi dalej…

Wulkan Osorno

Petrohue - mieścina z portem, ciemnym wulkanicznym piaskiem i hotelem za milion dolarów

Osorno i w dole płynąca przez zastygłą lawę rzeka

Klęska urodzaju w górach wulkanicznych


Los Pozones - gorące baseny termalne
Balsam na duszę i ciało

Pucón z górującym nad mieściną wulkanem Villarica

Hostal Ecole - urokliwe miejsce

Foto: Maciej Sokołowski

9 kwietnia 2015

Carretera Austral - 1240 km patagońska droga widokowa



Ta egzotycznie brzmiąca nazwa oznacza chilijską drogę krajową nr 7, główną i jedyną arterię komunikacyjną w tej części świata. Droga łączy Puerto Montt na północy z Villa O’Higgins leżącą w Patagonii na pograniczu z Argentyną. W miejscu gdzie już nic tylko wieczne lody i śniegi. Droga ta to 1240 km przygody – przepraw przez zupełnie odludni one miejsca, dzikie, przepiękne i surowe!
To tutaj mija się największe lodowce na świecie, to tutaj tektonika płyt kontynentalnych wypiętrzyła srogie góry, tutaj można znaleźć gorące źródła, gejzery i wulkany.

Warto na Carreterę poświęcić więcej czasu, może nawet tylko na niej skupić swoje wyjazdowe plany. W planowaniu wycieczki warto wziąć pod uwagę przeprawy promowe – są one koniecznością, jedyną możliwością przeprawienia się przez fiordy i bądź co bądź nie kursują one tu aż tak często jak mogłoby się nam wydawać. I o ile przeprawa osobowa raczej nie stanowi problemu, o tyle zapakowanie się na prom autem wymaga już wcześniejszej rezerwacji.

Zaledwie dzień jazdy na południe od Santiago i tak drastyczna zmiana krajobrazu...

Choć wygodniej by się jechało Toyotą którą oddaliśmy, nasz Hyundai też dał radę.

Urokliwe wioski na brzegu oceanu.

I małe kościółki przy których często pasały się owce.

Flota
Zdjęcia - Maciej Sokołowski

Ojos del Salado 6893 m n.p.m. - odludne Andy

Ojos del Salado jest najwyższym wulkanem świata i drugim pod względem wysokości szczytem Ameryki Południowej. Wierzchołek nie należy do trudnych technicznie. Jedyną trudnością jest wysokość oraz ewentualna logistyka, jeżeli na szczyt planujemy się wybrać bez auta – a takie heroiczne próby zdarzają się często. Sezon trwa tutaj od listopada do marca, przy czym akcja w lutym bądź marcu jest o tyle lepsza, że mniejsza jest czapa śnieżno-lodowa na szczycie i zdarza się, tak było w naszym przypadku, że raki nie były ani raz w użyciu.

Z formalności, które należy dopełnić przed startem nie zapomnijmy o DIFROLU. Szczyt leży na pograniczu Chile i Argentyny stąd wymagane jest specjalne pozwolenie do działania na pograniczu wydawane przez DIFROL - Dirección Nacional de Fronteras y Límites del Estado, o co można zaaplikować przez ich stronę.

Z myślą o akcji górskiej jeszcze w Santiago, na lotnisku wynajmujemy Nissana Terrano. Jak się okazuje cena w wypożyczalni na lotnisku jest konkurencyjna, a nam oszczędza wielu problemów logistycznych związanych z potencjalnym wynajęciem auta w centrum stolicy. Wszystkie bagaże ładujemy na pakę i zawijamy w brezent, który ma uchronić nasz szpej przed zakurzeniem. W markecie w Copiapo czynimy zakupy na najbliższe 10 dni. Zaopatrujemy się również w 160 litrów wody, bo na Atacamie próżno szukać źródeł. Bak dopełniamy na full, a dodatkową ropę bierzemy do kanistrów.

Drugiego dnia pobytu „opuszczamy” zróżnicowane, przepiękne Chile i ruszamy w srogą krainę,  odludną, nieprzyjazną, pozbawioną jakiejkolwiek zieleni – Atacamę.


Atacama to podobnież najmniej przyjazne miejsce na ziemi. Wpływ na charakter tego rejonu ma pasmo Andów ciągnące się od północy po południe oraz regulujący klimat zimny prąd oceaniczny - prąd Humbolta. Na dodatek na pewnych wysokościach występują uciążliwe, silne wiatry zwane vientos blancos. Zrywają się jak od strzału startera, o jednej porze i dmą aż do późnej nocy. Powodują, jak to wiatr, że odczuwalna temperatura znacznie spada i pomimo pogodnego, słonecznego dnia trzeba ubrać się ciepło i wiatroszczelnie, mimo że temperatura w namiocie w tym samym czasie sięga nawet 40 stopni.

Nasz proces aklimatyzacyjny zakładał założenie głównej bazy na wysokości 4300 metrów przy Laguna Verde. Jest to bardzo popularne miejsce dla wypraw. Przygotowane są tu murki ułożone z kamieni chroniące przed wiatrem namioty wyprawowe, są aguas calientes czyli gorące źródła w których można odpocząć i wykąpać się. W końcu w okolicy Laguna Verde okazuje się, że bije źródło słodkiej wody, o czym dowiadujemy się od localsów. Źródło znajduje się po prawej stronie od drogi biegnącej w stronę granicy, około 3 kilometry od końca jeziora Laguna Verde. Do wody mamy małe zaufanie stąd tylko gotujemy na niej. Nie mniej jednak dodatkowy jej zapas daje nam bezcenny komfort psychiczny.

Zanim jednak docieramy do Laguna Verde zostajemy na dwa dni w Laguna Santa Rosa na wysokości 3800 metrów. Po drodze mijamy posterunek straży granicznej. Na środku szczerej łachy piachu i kamieni, przy Salar Maricunga – dosłownie pośrodku niczego znajduje się kilka zabudowań i szlaban. W tym miejscu należy okazać dokumenty, pozwolenia, wyjaśnić gdzie się jedzie i co zamierza robić a następnie odpiąć sobie metalowy łańcuszek i po prostu przejechać. Posterunek czynny jest jedynie w ciągu dnia natomiast jak pokazały późniejsze przypadki możliwym jest przekroczenie granicy nawet i w środku nocy.

W ramach aklimatyzacji robimy liczne spacery zawsze starając się wyjść najmniej 500 metrów ponad miejsce w którym biwakujemy.

Ostatnie dwie bazy znajdują się na wysokościach kolejno: Campo Atacama – 5200 m n.p.m i Refugio Tejos 5750 m n.p.m.Są to metalowe schrony wyposażone w materace. Lepiej jednak planując akcję górską potraktować je jako awaryjne nastawiając się jednak na nocleg we własnych namiotach. Schrony są bowiem stosunkowo małe i w przypadku gdy więcej osób pomyśli o noclegu w nim możemy mieć problem.

Zorganizowane wyprawy jak i samodzielni wspinacze praktykują podjazd autem nawet i do 5900 metrów. Nieco wyżej ponad ostatnim schroniskiem można bezpiecznie zostawić auto, jest miejsce by na luzie wymanewrować. Trzeba jednak uważać bo, jak to na Atacamie pełno tu kamieni i piachu więc łatwo się zakopać. Drugi problem stanowi rozrzedzone powietrze i temat odpalania auta – stąd rada by auto zostawiać przodem do ekspozycji, nawet jak nie zapali od strzała to przynajmniej można je ztoczyć.

Po 10 dniach mamy serdecznie dość tego miejsca. Jakkolwiek jest przepiękne, srogie i  w tej srogości przejmujące nie chcemy zostać tu chwili dłużej. Czas dziwnie ciągnie się, rytm dnia wygląda codziennie podobnie, męczą nas w różnym nasileniu odmienne symptomy choroby wysokościowej. Namiot jest naszym domem, schronieniem... miejscem gdzie odpoczywamy, gdzie staramy się pomimo huku wiatru poskładać myśli w jedną całość, a w nocnej nieprzeniknionej ciszy zasnąć, pomimo dyskomfortu spowodowanego przebywaniem na wysokości. Mesa jest miejscem, gdzie skuleni chronimy się przed wiatrem, gdzie w promieniach porannego słońca przygotowujemy śniadanie w krótkich rękawkach, by wieczorem znów tu wrócić odziani w puchowe kurki, czapy, zimowe rękawice by znów gotować... na wolnym gazie, bo mała ilość tlenu powoduje wolniejsze spalanie.

Spacer nad Laguna Santa Rosa

Przydrożne kapliczki w Chile przyjmują nowe oblicze

Laguna Santa Rosa i w odali szczyty Nevado Tres Cruces

Poranna kawa

Mimo słońca nad Atacamą hula wyziębiający wiatr.

Na 4602 metrach.

Oboz uchodźcow w Laguna Verde

Grunt to zdrowe odżywianie.
Pod rozgwieżdżonym nieboskłonem.

W naszym obozie w Laguna Verde.


Możecie wyobrazić sobie dramat wywołany... brakiem krzaków w okolicy...

W blaszanym schronie w Campo Atacama.

Wyjście aklimatyzacyjne do Refugio Tejos.

Foto: Maciej Sokołowski

24 marca 2015

Chill w Chile

 Chile...

Kraj liczący ponad 4000 km długości, w najwęższym miejscu mierzący zaledwie 90 km. Wciśnięty pomiędzy wybrzeże Pacyfiku a pasmo Andów, gdzie w ciągu zaledwie jednego dnia, i to samochodem można znad wysokości morza dostać się na prawie 6000 metrów. 

Maciek, Kakuś, Kanion i ja wspinając się na znak in the middle of nowhere, a właściwie na przejściu granicznym Argentyna/Chile na Paso San Francisco (4726 m. n.p.m.). Granicy nie wyznacza tylko brama lecz również urywający się nagle od Chilijskiej strony asfalt.

Kraj, w którym mówi się po hiszpańsku, ale nie kastylijsku. Który od północy po południe serwuje nam krajobrazy całego globu od najsuchszej i najmniej przyjaznej krainy Atacamy, przez coś na wzór naszej makii śródziemnomorskiej, lasy deszczowe po skrajnie nieprzyjazne lodowce, wieczne zmarzliny Ziemi Ognistej. Z jednej strony urokliwe szerokie plaże, klify, za chwilę fiordy i rozszarpane grzywami fal wybrzeże. Wulkany, gejzery, gorące źródła, ośnieżone szczyty i pustynia.

Panamericana - czyli 25750 km droga łącząca Patagonię z Alaską, biegnąca przez 15 krajów.

Po przemierzeniu tego kraju ciężko zebrać myśli. Ciężko napisać o Chile jako o całości. Ciężko stwierdzić czy bardziej urzekła nas srogość klimatu, odległych bezludnych miejsc czy tętniące ulice miast, rozleniwione psy leżące na chodnikach i niezwracające uwagi na nic i ta bujność przyrody, czy ściany lasu do którego bez maczety się nie zbliżaj!
Gry jednak opuszcze się wygodą płatną autostradę dobrze mieć autoterenowe i mocne nerwy! A jeszcze mocniejszy żołądek, wiele tu zakrętów a droga często prowadzi przez wysokie góry!

Postawiliśmy na Chile z prostej przyczyny – naszym głównym celem było zdobycie którejś z gór, z serii tych najwyższych, tych naznaczonych eksploracją Polaków w okresie międzywojennym. Plany mieliśmy bardzo elastyczne, dostosowane do pogody, naszych nastrojów i samopoczucia. Na początku jedyną pewną rzeczą był fakt, że lądujemy w Santiago – that’s it!

Pierwsza noc na odludziu, nie pojawił się nawet pies z kulawą nogą. Nie było też zadnego krzaka... na poranną toaletę. Padł na mnie wówczas blady strach.

Jak to zazwyczaj bywa przy pakowaniu się na ostatnią chwilę oraz gnaniu na „łeb na szyję” popełniliśmy kardynalny błąd chowając raki do podręcznego bagażu, który to po odprawieniu bagażu głównego trzeba było nadać jako dodatkowy, który to w końcu po dotarciu do Chile po prostu zaginął… Ale potraktowaliśmy to tylko jako dobry znak na nadchodzący niemalże miesiąc w podróży.

Jest woda - jest życie! Laguna Santa Rosa 3700 m. n.p.m. nasz pierwszy obóz aklimatyzacyjny. To słone jezioro zwane salarem jest ostoją flamingów. Salar objęty jest konwencją Ramsarską stanowiąc ważny obszar ochronny o znaczeniu międzynarodowym. Ilość soli wytrącającej się na jego brzegu jest imponująca! W oddali szczyty: Nevado Tres Cruces.
Klęska urodzaju - Rio Lama

Baseny termalne w Laguna Verde - naszym obozie na 4300 m n.p.m.

Nasz wyjazd podporządkowany był działalności górskiej, stąd też pierwsze nasze kroki skierowaliśmy na północ kraju, do Copiapo. Północ kamienisto-księżycową, suchą, pozbawioną życia. Ta część kraju gości wyścig Paryż – Dakar, stąd też na autach sporadycznie można ujrzeć naklejki imprezy. Następnie odbijamy na wschód w stronę granicy z Argentyną, by tam zaszyć się na najbliższych 10 dni zyskując aklimatyzację na nasz cel – Ojos del Salado, najwyższy wulkan ziemi, drugi co do wysokości szczyt Ameryki Południowej o wysokości 6893 m n.p.m.

Przedstawiamy nasze auto do zadań specjalnych - trochę się dusiło na wysokości powyżej 5000 metrów, stąd zazwyczaj staraliśmy się stawiać go "przodem do ekspozycji".

Następnie znużeni niezmiennością krajobrazu północy ruszamy na południe, przez Copiapo, gdzie akcję górską rekompensujemy sobie genialnymi stekami, Santiago gdzie zmieniamy naszą Toyotę Todoterrano na coś szybszego i mniejszego po Puerto Montt, gdzie w końcu mają się zacząć nasze wymarzone wakacje, zwiedzanie i poznawanie kultury! Dość z odludziem, teraz chcemy się integrować! Oglądać, wypoczywać, spacerować, jeść!

Ekipa na spacerze aklimatyzacyjnym. Choć cały czas świeciło słońce, a temperatura w namiocie potrafiła za dnia sięgać do 40 stopni, nieustający wiatr sprawiał, że wcale ciepło nie było. (fot. M. Sokołowski)

W Copiapo życie płynie swoim rytmem, jest początek marca, dzieci po dwumiesięcznych letnich wakacjach wracają do szkół, jest zielono, pachnąco, głośno. Fikusy które znamy z domowych doniczek osiągają kilka do kilkunastu metrów wysokości - wszystko w normie ;)
Pustynna północ kraju zdominowana jest przez duże auta, pick-upy - nie inaczej jest okazuje się na południu. Tutaj Puerto Montt.


Z rozpędu wpadamy na Carreterę Austral –droga krajowa nr 7, główna arteria komunikacyjna i właściwie jedyna łącząca północ z południem czyli Puerto Montt z Villa O’Higgins. To najpiękniejsza trasa widokowa Chile biegnąca w głąb Patagonii. Po drodze mija się wiele parków narodowych, rezerwatów, wodospadów, lodowców, wysokich gór, ścian zapierających dech w piersiach, gejzerów i gorących źródeł. Carretera Austral stanowi cel sam w sobie, idealny na włóczęgę rowerową, na wypożyczenie vana, bądź przejechanie jej 4x4 (choć i zwykłym autem podobnież też się da). My docieramy najdalej do pierwszej przeszkody jaka pojawia się na naszej drodze przeprawa promowa, najbliższy prom za 3 dni i absolutnie żadnej innej drogi by dostać się dalej. Zatem carreterę kończymy w Hornopiren, niemalże szybko i niespodziewanie jak ją zaczęliśmy. 

Przyznaję się... wpadł nam do głowy pomysł "wysokoczenia" na Wyspę Wielkanocną. Jednak naszą ułańską fantazję powstrzymał termin biletu powrotnego. Ale zgodnie z porzekadłem "Nie przyszła góra do Mahometa, Mahomet przyszedł do góry" my naszego Kolosa odnaleźliśmy w stolicy Chile - Santiago.

6435 kilometrowa linia brzegowa Chile jest niezwykle urozmaicona. Na północ od Chile liczne są urokliwe spoty idealne do surfingu.

A z "darów" Pacyfiku tworzy się kosmetyki.

Teraz spokojnie zmierzając na północ skupimy się na pobliskich miejscowościach oraz parkach narodowych, które odsłonią przed nami surowość natury, bezwzględność sił przyrody… przed nami urokliwe: Petrohue z górującym nad małą osadką wulkanem Osorno, turystyczną mieścinę z backpackerskim klimatem Pucon u stóp wulkanu Villarica, który z początkiem marca bieżącego roku poczynił lekkie spustoszenie. 

Gdy nagle kończy się droga, a słupy wysokiego napięcia wpadają wprost do oceanu wiedz, że coś się dzieje i najlepiej jest wtedy... po prostu wracać skąd się przyjechało. Hornopiren. (fot. W.Grzesiok)

Dolina Cochamo
Cochamo, urokliwa wioska na końcu fiordu. Dolina o tej samej nazwie nazywana jest Yosemitami Ameryki Południowej ze względu na wysokie granitowe ścianiska opadające ku dnie doliny.
Do doliny Cochamo można dostać się bądź na piechotę bądź konno. Nie ma innej drogi, a czas przejścia zajmuje około 4 godzin. Ale co to za droga! Co to za las!

Petrohue z górującym ad wioską wulkanem Osorno.

Petrohue - wulkaniczna plaża z czarnym piaskiem, jezioro, góry i ośnieżone szczyty wulkanów.

Odwiedzamy winnicę Santa Cruz w dolinie Colchagua. Dolina położona jest około 160 kilometrów na południe od Santiago, jest jednym z najbardziej charakterystycznych obszarów winiarskich Chile.  Od czasów kolonialnych dolina ta zawsze była atrakcyjna dla produkcji winiarskiej.  Idealne warunki pogodowe tu panujące sprawiały, że w tej dolinie Hiszpanie budowali piękne posiadłości dziedziczone  przez kolejne pokolenia. Często projektowali je europejscy architekci. W połowie XIX wieku do Chile sprowadzono odmiany bordoskie. To właśnie Cabernet, Merlot i Carmenere stanowią dziś wizytówkę tutejszego winiarstwa.
Winnica Santa Cruz, w której zamiast do obiadu napić się lokalnego wina biegaliśmy między grządkami na deser zajadając się winnymi gronami.

Gorące źródła Los Pozones to jedne z tysiąca takich miejsc w Chile

W Chile spędzamy w sumie 22 dni, z czego 10 dni zajmuje nam akcja górska. Z całą pewnością to zdecydowanie za mało by poczuć klimat Ameryki Południowej. Pomyśleć, że zwiedziliśmy zaledwie skrawek zaledwie jednego kraju… Z zazdrością patrzeliśmy na parę autostopowiczów z Niemiec, którą zabraliśmy na stopa, a która zaczynała dopiero swoją półroczną podróż po Ameryce Południowej.