29 kwietnia 2010

Jura by Bike - odprawa techniczna Santorini

Elvis, Adaś i ja - jak za starych uczniowskich czasów:)

Jura By Bike to projekt, który chodzi za nami od wielu lat. Z Elvisem znamy się już z jakieś 10, od 10 lat razem jeździmy na rowerze, a od jakichś 9 planujemy ten wyjazd. I tak to jest - cudze chwalicie, swego nie znacie. Coś co jest bardzo blisko, generalnie mamy zawsze takie przeświadczenie, że jest tam więc w każdej chwili można to zwiedzić, zrobić, zjechać. I w sumie w kawałkach każde z nas już tą Jurę zrobiło ale pszyszedł w końcu czas na zrobienie wszystkiego od przysłowiowego A do Z. 
W końcu udało się, w końcu determinacja wzięła górę i 22 kwietnia zebraliśmy się w naszym ulubionym Santorini z mapami, notatkami, wydrukami i zasiedliśmy... grono głów bardzo mądrych (konsekwencje decyzji poczuć można było przez kolejne 3 dni :). Elvis z Adasiem wparowali z mapami i przewodnikami. Elvis wydrukował nawet bardzo szczegółową (godzina po godzinie) prognozę pogody dla Krzeszowic (woj. małopolskie), Częstochowy (woj. śląskie) i Smolenia (woj. kujawsko-pomorskie ?!?!?!) Jednogłośnie zadecydowaliśmy, że jedziemy czerwonym szlakiem jurajskim (pieszym a nie rowerowym, ze względu na to, że jest ciekawszy), zwiedzamy Dolinki Podkrakowskie szlakiem żółtym, nadrabiamy trochę drogi zwiedzając ruiny zamku Tęczyńskiego i lądujemy w Korwinowie rzut beretem od Częstochowy. Plan na weekend 180 km ---> życie mocno go zweryfikuje! :) Szlak dla niewtajemniczonych wiedzie przez moim zdaniem jeden z piekniejszych zakątków Polski - wysokie wapienne ostańce, dolinki wodące jury południowej i pieszczyste a wrecz pustynne tereny jury północnej, ruiny zamków pamiętających czasy Kazimierza Wielkiego, delikatne wzgórza i ostre góry, lasy bukowe patrzące na nas tysiącem oczu i przejrzystne bory sosnowe.

We planned this trip nearly nine years. But it's always the same scenary with the atractions that You have next to your home. You have never time to visit them, explore or do at once from the begining to the end. The trial which we finally decided to do is an incradible path connecting Cracow to the south with Częstochowa to the north, all together over 180 km by bike in three days, three guys and just me :/ Will be really tough! :) But what's interesting in this project that we will pass through one of the most beautiful regions of Poland. It's jurassic region with high calcium rocks and ruins of medieval castles. All with the accompaniament of early spring, pine forests and mountainous landscape.

Przebieg szlaku Orlich Gniazd. Mapa pobrana z bardzo fajnej stronki.

28 kwietnia 2010

najważniejsi są przyjaciele!


:))) Kraków - bardzo chłodny i wietrzny kwietniowy dzień. I choć byłam tylko kilka chwil w Kraku jak zawsze strasznie ciężko było mi z niego wyjeżdżać - tym razem za sprawą starych, dobrych znajomych - no niektórych nowych, dobrych, czy młodych dobrych :) Estera czekam na rozmowe na skajpiku, Skóra trzymam za słowo i oczekuję na przesyłkę preclów Krakowskich, Ula strasznie miło Cię było widzieć i mam nadzieję, że na następne spotkanie nie będziemy musiały aż taaaak długo czekać! :) Buźka dla Was słodziaki!

Some old, very good friends decided to share with me some short moments when I was passing by Cracow. Just few hours spent together to know that friends will be friends forever :)

Nad pięknym modrym Dunajem - An der schönen blauen Donau


2200 HUF tyle nas kosztowało wynajęcie rowerów na cały dzień - wrażenia bezcenne. Z samego właściwie centrum (tudzież w naszym przypadku z wyspy Małgorzaty - Margitsziget) aż do Leanyfalu prowadzi oznakowany szlak rowerowy. Trasa jest przygotowana rewelacyjnie, w większości miejsc tu wybrukowany trakt, także jakimkolwiek rowerem bez problemów można dostać się na północ na tereny zielone. To tutaj rozciąga się w zakolu Dunaju piękny park narodowy Dunai Ipoly. Po zwiedzeniu Szentendre (gdzie zostawiliśmy rowery przypięte na głównym placyku) wybraliśmy się dalej na północ na zwiedzanie parku i musze przyznać, że Dunaj, choć niby rzeka jak każde inne robi ogromne wrażenie. Już na tej wyskości jest potężna i powoli, majestatycznie płynąc potęguje tylko to wrażenie. Wokół wiosna już w pełni (w odróżnieniu od Polski, gdzie kiedy wyjeżdżałam drzewa były bez liści), temperatury letnie, świeża soczystość zieleni z wszelkimi odcieniami kwitnących drzew oraz koncerty ptaków. Niesamowicie relaksująca eskapada, mimo że zrobiliśmy ponad 60 km :)  

Szentendre

Szentendre to małe miasteczko około 25 kilometrów na północ od Budapesztu, położone majestatycznie nad Dunajem w otulinie Parku Narodowego Dunai I Poly :). Miasto jest pełne krętych i wąskich uliczek a przewodniki opisują go jako jedyne miejsce na całych Węgrzech architekturą do złudzenia przypominające architekturę basenu Morza Śródziemnego. Czyli coś co lubimy i za czym oboje tęsknimi :) Szentendre było niegdyś centrum winiarstwa w środkowych Węgrzech.Turystów do Szentendre przyciąga pasaż nad Dunajem oraz liczne kawiarnie i restauracje. Miasteczko wypełnione jest duchem przeszłości, pełno tu cerkiewek, kościółków, starych chaup a i jest też zamek. Głównym placem jest Fő tér z barokową i rokokową zabudową. Na jego środku znajduje się krzyż morowy z 1763, ustawiony jako podziękowanie z ustąpienie epidemii, jest on jednym ze starszych zabytków. W drugiej połowie XIX i w XX wieku miasto upodobali sobie artyści, pracując tutaj i wystawiając swoje prace w miejscowych galeriach, dlatego też do złudzenia przypomina mi on (zarówno wielkością, atmosferą jak i lokalizacją) nasz Kazimierz nad Wisłą. Więcej zdjęć załączyłam w mojej galerii Picasa, to tak dla zainteresowanych - bo miasto na prawdę jest cudne!

Do miasta warto wybrać się na rowerze z Budapesztu. Wiedzie doń wspaniale przygotowana i oznaczona ścieżka rowerowa, a samo miasto jak już wspomniałam znajduje się w bliskiej odległości (ok 50 km w dwie strony od stolicy).

Szentendre is a riverside town near the capital city Budapest. It is known for its museums, galleries, architecture and artists. Due to its picturesque appearance and easy rail and river access, it has become a popular destination for tourists staying in Budapest. It is said that it's one of the most alike meditarranean town because of its narrow streets. Because of the awesome location (next to the Danube river and Dunai Ipoly National Park) and beautiful architecture it is beloved by artist of all kinds. You can meet there incredible atmosphere enjoying street artists and their craft.

Budapeszt i jego łaźnie termalne

Wody termalne to dar natury, którego możemy Węgrom tylko pozazdrościć. Naturalnie gorąca woda wypływa tu z ziemi w tak wielu miejscach, że gdziekolwiek staniemy na pewno znajdziemy w pobliżu ciepłe kąpielisko. Kąpieliska te są miejscem bardzo popularnym zarówno wśród turystów jak i rdzennych mieszkańców. Spędzają oni długie godziny gaworząc, plotkując, grając w szachy zanurzeni po szyje w gorących wodach.

Kąpielisko Szecheny

Tutejsze wody termalne wykorzystywali już Rzymianie. Archeolodzy odkryli na Węgrzech 21 miejsc, w których władcy starożytnego świata zażywali ciepłych kąpieli. Obecnie na Węgrzech jest ponad 1000 kąpielisk termalanych, a tylko stolica może poszczycić się aż 123 ujęciami ciepłej źródlanej wody i 50 kąpieliskami. Ogromna większość węgierskich kąpielisk jest wykorzystywana dla celów leczniczych. Ale wody termalne to nie tylko sanatoria. Począwszy od lat 60 powstają przy nich także baseny rekreacyjne, dostępne szerszej publiczności, w znacznej części całoroczne. Wiele z nich teraz przekształca się w nowoczesne aquaparki. Można przyjechać tu na kurację, można dla relaksu, a można uciec przed jesienną depresją. Dobre wino i ciepłe kąpiele na pewno dodadzą energii :)
Kąpielisko, które odwiedziliśmy my to Széchenyi Gyógyfürdő - jedno z najstarszych w Budapeszcie. Zachwyca swoją bryłą architektoniczną. Najładniejsza część budynku to sala kopułowa z pięknymi witrażami. Woda w kilkunastu basenach zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz zawiera siarczan wapnia i magnezu, jony sodu oraz znaczną ilość jonów fluoru i kwasu metaborowego. Znajdują się tu również liczne jacuzzi oraz sauny. Po całodziennym wysiłku czy codziennej rutynie kilka godzin relaksu w termach pozwala znów odżyć. Zdecydownie cudowny relaks! W przewodniku po mieście wydawca poleca koniecznie wziąść ze sobą bathrobe (szlafrok kąpielowy) by swobodnie przemieszczać się pomiędzy basenami zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz zwłaszcza zimą. Ciepła woda, ciepłą wodą ale zima na Węgrzech potrafi skutecznie dokuczyć.

The thermal baths are well known all over the Hungary. Wherever You make a step you can see some thermal springs. There are more or less 1000 thermal pools whithin 123 are in the capital. They used to be used (sounds strange:))by ancient romans and still passing through Hungary you can visit some of them (of course ruins). We went to one of the oldest in Budapest -  Széchenyi Gyógyfürdő. Incredible building with several indoor and outdoor pools with diferent temperatures of water. You can also step into some pools with diferent types of water (depends on natural substances dissolved in it). A lot of types of saunas and jacuzzi make You perfectly relaxed after a long day :)

Węgry - Üdvözli a Magyarország


Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát.
Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki.

Wiele osób (łącznie z moimi rodzicami) rozprawiało nad pięknem Węgier a szczególnie ich stolicą - Budapesztem. Wiele też mówiło, że Węgrzy są przemiłymi ludźmi o strasznie pozytywnym nastawieniu do Polaków. W sumie wcześniej poznałam tylko jednego Węgra (tak Aga mowa o Twoim facecie i moim żółtym Authorze) i faktycznie bardzo miła persona :) Wiele też słyszałam o języku, o wąskiej grupie języków ugrofińskich, które to nijak rozgryźć, ugryźć, przetrawić, zrozumieć, odpowiedzieć itd.  I zaledwie pięć dni pozowoliło mi stwierdzić, że wszystko to o czym mówią moi znajomi, czy rodzina jest prawdą - Budapeszt zachwyca, ludzie są niesamowicie życzliwi i mili a kwestię języka pozostawmy językoznawcom!

Dunaj rozdzielający bądź łączący Peszt (po lewej) i Budę (po prawej)

Pierwszego dnia Budapeszt nie zrobił na mnie dobrego wrażenia, może przez to że przyjechałam do niego sobotnim popołudniem, gdzie tu i ówdzie rozkręcały się imprezy, po chodnikach chodzili dziwnie ubrani ludzie (coś między dresami a'la ukrainski styl i mocno wyuzdane panny), pełno śmieci, szumu i chaosu. Wieczór uwieczniła wielka biba w towarzystwie argentyńsko-hiszpańsko-rosyjsko-węgiersko-czeskim i impreza z muzą bałkańską w tle. Na swój sposób doznałam szoku kulturowego a rozmowy z rosjanami utwierdziły mnie w dziwnym przekonaniu, że zamiast w Budapeszcie jestem w Kijowie. Czułam się, jakby czas się zatrzymał, jakby kraj nie wyszedł jeszcze z socjalistycznej opoki wszechmocnej Rosji. Wszystko takie wielkie, monumentalne jednynie ludziom brakowało złotych zębów (tak jak jest to powszechne w Rosji czy na Ukrainie). Cóż za dziwne wrażenie miałam tej nocy. Na dodatek Baldo - Sewilczyk (ależ to brzmi) no po prostu Hiszpan - na dodatek wszytsko wymieszał mi w głowie rozmawiając ze mna po Hiszpansku. Pierwszy dzień stanowczo zamieszał mi w głowie i juz sama nie wiedziałam gdzie jestem i co ja tu robię?! :) 

Jednakże każdy kolejny dzień oczarował mnie czymś nowym, niezwykłym, cudnym i magicznym. Długie przechadzki po mieście - romantycznej i pięknej Budzie usytuwanej pomiędzy 7 wzgórzami, monumentalnym i nowoczesnym Peszcie, cudownej odysei zieleni - wyspie Małgorzaty oczarowały mnie do reszty. Samo miasto rozciąga się wzdłuż Dunaju, linia brzegowa jest rewelacyjnie zagospodarowana, po dwóch stronach można odbywać długie spacery podziwiając widoki - np Parlamentu w Peszcie czy zamku i cytadeli w Budzie. Niesamowite widoki rozciagają się równiez z Cytadeli wznoszącej się majestatycznie nad miastem. Wspaniałe kawiarenki z pyszną kawą, cudowne zakątki, uliczni grajkowie nadający niepowtarzalny klimat miastu. I jeszcze jedna rzecz, która tak urzeka - termy - to część kultury Węgierskiej także temu tematowi postaram się poświęcić więcej miejsca :)

Zachwyca także kuchnia Węgierska (przynajmniej mnie, bo Baldo wydziwiał, że ponad kuchnię Hiszpanską żadna inna i nigdy się nie wzbije) - zachwyca zatem leczo, ostra zupa gulaszowa, kiełbasa z miasta Gyula bądź węgierskie salami, pyszny Tokaj czy mocna Palinka, a na deser zawijane ciasto Vegyes Rétes :) O tak! Pozać kuchnię jakiegoś kraju to jak poznać połowę jego kultury!


wzgórze Cytadeli - widok wpisany na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO

Jedyne co mnie zaskoczyło to ceny - Węgry nie należą bynajmniej do tanich krajów. Ceny są porównywalne a niejednokrotnie droższe niż w Polsce. Faktem jest też, że byłam większość czasu właściwie w stolicy, a jak to zawsze bywa stolice są zawsze najbardziej de pijo y lujo (najdroższe). Waluta - forint HUF - mniej więcej 1 zł to 150 forintów, zatem ceny szokują zwłaszcza gdy za piwo płacimy sumy 3 cyfrowe :) Kwestia przestawienia się ;)

Koniec końców po pięciu dniach opuszczam to miasto w zupełnie innym nastroju niż tu przybyłam - z dnia na dzień zaskakując mnie swoim pięknem powoli podbijało skutecznie moje serce. Jest to miejsce gdzie historia łączy się z nowoczesnością, gdzie starówka to nie jeden plac i kilka kamienic wokół ale długie kilometry urzekającej architektury i mieszanki wielu stylów. Warto tu z całą pewnością przyjechać, tymbardziej, że dla mieszkańców południa Polski to kwestia zaledwie 4/5 godzin w aucie czy autobusie.

Como se nota que pereza tengo! De vez en cuando me parece que nadie lo sigue (mi blog) y cuando temine de escribir en ingles u espanol (que no es nada facil para mi) de repente se nota voces diciendome - pero en polaco no se comprende nada! :))) Baldo - tu lo sabes todo! :) Me encanto Budapest! Pero para los demas que hay que traducir algo mas - Mucha gente me dijo que hay algo increible en Budapest, que es una cuidad maravillosa, llena de historia, de edificios bonitos, muy romantica por razon de su locacion (entre 7 collinas) y el rio que divide la ciudad entre Buda y Pest. Pero no es todo por edificios y razones historicos. La ciudad encanta tambien por su cultura y la gente. En Polonia (y tambien Hungaria) se dice que nosotros dos, el Polaco y Hungaro son como hermanos y es absolutamente verdad. Hemos encontrado monton de la gente super amable que siempre reaccionaron muy bien cuando habian encontrado que soy de Polonia. Por supuesto vale la pena ver Hungaria y tomar algo tipico como las salchichias muy ricas, variedad de alcoholes tipicos o gulash - bueno, era algo que yo me interese solamente. Baldo decidio que no es nada espeacial y la cocina espanola es mucho mejor! ;) Despues estos algunos dias la capital de Hungaria me encanto aunque al principio me senti como en Ucrania (ni idea por que) puede ser un poquito por la gente paseando por las aceras la noche de sabado cuando llegue, puede ser por todos los edificion super grandes estilo comunista en centro de ciudad, pero con la luz del dia puedo decir que me enamore en este lugar!

27 kwietnia 2010

Kraków w przededniu pogrzebu - sic!

Można powiedzieć, że po wielu dniach mojej nieobecności tutaj ostatni wpis pokrył się lekką warstewką kurzu. No ale tak to jest jak coś się dzieje - człowiek wskakuje w nurt wydarzeń i płynie z prądem - a później zaległości tylko się nawarstwiają. Dlatego czas zebrać myśli w jedną logiczną całość, wspomnienia i zdjęcia i coś tu sensownego napisać.
Przez wiele dni Polska była pogrążona w żałobnym nastroju z powodu katastrofy w Smoleńsku. Patetyczność i marazm wypowiedzi płynących z radio i tele odbiorników dobijał powoli wszystkich. Ale zdaje się, swój szczyt osiągnął w momencie, kiedy postanowiono o pochówku pary prezydenckiej na Wawelu (tak, dla Kaczynskich w piramidzie Cheopsa ---> jedna z licznych grup na portalu społecznościowym). Kraków na gwałt zaczął się przygotowywać na pochowanie pary prezydenckiej w krypcie pod wieżą Srebrnych Dzwonów w katedrze na Wawelu - a co jest z tym również związane - recepcję bardzo ważnych międzynarodowych gości, głów delegacji innych krajów, VIP, etc. Jednym słowem świat na głowie stanął.

                                                                                                    Grodzka

Ja miałam to szczęście/nieszczęście być w przededniu tegoż "wielkiego" dnia w Krakowie. Całe centrum sparaliżowane, pozamykane ulice, połowa rynku odcięta od reszty miasta, wszędzie pełno flag, przydrożnych sklepikarzy i cwaniaczków sprzedających biało-czerwone flagi, pełno turystów, gapiów, kolejki ciągnące się całą ulicą Grodzką by odebrac pozwolenie nazajutrz na dostanie się do ulic, którymi przechodzić będzie kondukt żałobny. Wszędzie pełno kwiatów, zniczy, honorowe warty harcerzy - a wszystko chyba bardziej dostojne niż po śmierci samego Papieża.
Przechadzam się ulicami Krakowa patrząc na tą szopkę i zajadając się preclem z sezamem. Ludzie od zawsze poszukiwali sensacji myślę sobie. Krótki pobyt umila mi nasza Estera - Estrella, co w końcu po Sevillańskich przygodach trafia na krótko (w drodze do Indii) do swojego rodzinnego Krakowa. A o samym mieście -  cóż... jak zawsze mnie urzeka. Jak zawsze wychodzę na dworcu autobusowym, przechodzę koło teatru Słowackiego, Barbakanu, do Floriańskiej, zadzieram głowę i obserwuję dwie różnej wysokości wieże bazyliki Marjackiej. Na rynku oglądam się wokół i chłonę piękno tego miasta. Jest w nim coś niepowtarzalnego, magicznego i cudownego i choć byłam i mieszkałam w wielu pięknych miastach ten nasz Kraków ma jednak to coś w sobie co rozkochuje na zawsze :)


Przy bramie Floriańskiej

I haven't written here for a very long time. I can nearly say that the last post has become covered with a thin layer of dust. But really a lot of things happened and I had no time to collect all the memories and fotos and put them here. But let's say I have some free time right now :) Cracow - let's start with this magic place. It's a city well-known to all foreigners coming to Poland. The former capital of our country with the royal castle on Wawel. It's a magic place, fulfilled with artistic atmosphere and incredible spirit. Lately I had a great "honour" of having been there on the eve of great funeral of our Presidential Couple. They were decided to be burried in the royal castle on Wawel Hill (because former it used to be a kings' burial place this information made a real astonishment). A day-by-day decision made the city drastically changed. Some streets were shut, half of the Old Market Square also shut and prepared for recepcion of visitors. A lot of people all over the centre, a lot of red and white colours, flags, candles and flowers. This peacuful place turned up to be this day a real bull's eye. Nevertheless haven't loose it's unique atmosphere and a magic it always used to have.


10 kwietnia 2010

half-marathon cancellation


Z powodu katastrofy, która zdażyła sie w Rosji, w Smoleńsku, podczas lądowania samolotu z polskimi dyplomatami zostały odwołane wszelkie biegi w ten weekend w Polsce (w tym III Dąbrowski Półmaraton)...

Due to a great plain crash with the most important diplomacy of Poland onboard , in Smolensk, Russia - all the runs (and also our half-marathon) were cancelled. Poland has several days of national mourning...

5 kwietnia 2010

VXT

Drugi dzień świąt, Lany Poniedziałek i stało się... zapowiadane chmury deszczowe spowiły całe niebo. Mieliśmy iść na rowery ze znajomymi i cały misterny plan wziął w łeb, tak przynajmniej mogłoby się wydawać do czasu otrzymania smsa (tak... znów przez smsa wszystko się zaczyna):  "Zastanawiam się jak bardzo boimy się deszczu i czy ewentualnie deszcz wystraszy się nas". Sms bardzo dyplomatyczny bo nic w nim nie było pewne do końca... a jako, że nie lubię mówić że pękam, czy wymiekam zatem obstawiłam na opcje numer dwa. Deszcz nam nie straszny!
Deszcz... o śniegu nikt nic nie wspominał. Podobnie jak o destynacji, gdzie jedziemy. Miała być niespodzianka i takaż też była. Kierunek Szczyrk - plan zjazd ze Skrzycznego przez Malinowską Skałę, Przełęcz Salmopolską z powrotem do Szczyrku. Kiedy wjechaliśmy na drogę wporst do Bielska zapytałam tylko..."chyba nie jedziemy w góry?". Zatem pięknie zaczynamy sezon rowerowy, trzecie wyjście z prawdziwego zdarzenia i od razu góry. Elvis rozdziewiczał swój nowy rower (obiekt licznych kontrowersji) a ja miałam okazję drugi raz w zyciu obcować z rowerem pt full-wypas :)
Trasa rewelacja - na początek wjazd wyciągiem krzesełkowym na Skrzyczne (dziwne spojrzenia ludzi zjeżdzających z góry w przeciwnym kierunku, kiedy się mijalismy oraz Pani, kiedy zapytaliśmy w kasie czy za rowery jest dodatkowa opłata). Usadowiliśmy się wygodnie i jazda w górę. Przez myśl tylko mi przeszło, że niespełna dwa tygodnie temu zasuwaliśmy na takich wyciągach we Wloszech z deskami a tu proszę - znów góry, znów wyciąg, znów śnieg tylko zamiast desek - rower.

 into the great wild open

Metr po metrze pogoda zaczęła się psuć, na początek gęsta jak mleko mgła i czysty surrealizm sytuacji (co ja tu robię?!) a następnie śnieg (uups tego nie było w planie). Na szczycie Pan z obsługi kolejki postraszył nas, że warunki są ciężkie, na ścieżkach zalegają zwalone konary drzew i ogólnie już kilka osób się zabiło (gadanie...). Zatem to jest to co lubimy najbardziej! Wiatr szaleje, śnieg z deszczem sypie i ruszamy! Ze Skrzycznego niebieskim szlakiem po grani do Malinowskich Skał. Błoto, topniejący śnieg, rowy, woda. Po zaledwie niecałym kilometrze oblepieni jesteśmy już doszczętnie błotem, śnieg milionami igełek naparza w polika ale dajemy! Krótkie podejście w kopnym śniegu do Skał, krótka przerwa na banany i czekoladę i zjazd! Najpierw czymś co przypominało koryto rzeki, tyłek obowiązkowo wyżej niż głowa, manewrowanie po lodzie i ścieżynce szerodości 30 cm a następnie szeroka przecinka w lesie i pełną petą na dół. W tym momencie jedyne czego nam zabrakło to okulary... w oczach czy ustach pełno piachu, deszczu i innej breji spod kół.


ja na grani

Elvis ze swoim nowym nabytkiem zakopany w pierwszej zaspie

Z Salmopola już długi, bowiem około 10 km zjazd na sam dół do Szczyrku. Woda przelewa się w butach, leje jak z cebra ale całą eskapadę kończymy w jeszcze lepszych humorach niż ją zaczeliśmy. Endorfiny jak zawsze uderzają do głowy! Zdaje mi się odkryłam nowe nieznane mi dotąd oblicze gór :)
W ten sposób wracamy do domu cali umorusani, wyczerpani nie tyle wysiłkiem co emocjami i zziębnięci - zasłużyliśmy na leżakowanie na kanapie i porządny kawał świątecznego ciasta!
Gwoli wyjaśnienia tytułu - VXT - nieformalna grupa z ograniczoną odpowiedzialnością wywodząca sie jeszcze z czasów licealnych - Elvis Extreme Team.

El segundo dia de la Pascua decidimos a pasar en la manera un poquito diferente. Un mensaje de mi mejor amigo y la respuesta - no tengamos miedo de la lluvia, mejor si esa lo tiene! Vamos, la destinación es sur de Polonia, las montanas maravillas algunos 80 km de nuestra casa. Cogemos bicis para montarlo pero eso que vemos alli es demasiado! Arriba en el pico queda todavia monton de nieve, hay chorros con agua, monton de barro. Nuestras ruedas se paran en los huecos enormes llenos de lodo. La aventura es increible, primero porque es mi tercera salida con bici este ano, ademas he montado la bici en montana solamente 3 veces en mi vida. Pero nunca con nieve y el tiempo asi fatal! :) Pero no pasa nada! No somos de azucar, no vamos a desolver! :) Ademas este tipo de deporte me encanto... y por eso temo! Ya basta, demasiado! Porque bicis asi no cuestan menos...? :)


la Pascua

To pierwsze od dwóch lat święta w domowym zaciszu (?!). Przez ostatnie lata jakoś się nie składało, żeby spędzić ten czas w gronie rodzinnym.
Almeria, ES

Dwa lata temu, na erasmusie w Granadzie, całą naszą ekipą wybraliśmy się nad morze do znajomych do Almerii, którzy ugościli nas przez kilka dni. Chodziliśmy na długie spacery, pojechaliśmy wygrzewać kości na pięknej plaży Cabo de Gata a przede wszystkim przyszykowaliśmy uroczyste śniadanie sobotnie, pod którego naporem uginał się aż cały stół.


Lizbona, P

Rok temu po ISM - International Sports Meeting (główna strona eventu) na wyspie Tavira należącej do Portugalii, wylądowaliśmy na świątecznym śniadaniu u Andre w Lizbonie. Rozkoszowaliśmy się wielkanocnym śniadaniem z widokiem na ocean z jego balkonu. Na drugi dzień przenieśliśmy się na północ i "poświęciwszy" jajka w Fatimie skierowaliśmy się do Torres Nuevas do mojego dobrego przyjaciela Huga, gdzie jego rodzice ugościli nas pierwsza klasa! Znów stół uginał się pod naporem portugalskich przysmaków i dań narodowych :) Nie ma to jak zrobić spustoszenie wpadając pięcioosobową ekipą komuś na chatę ;)


Torres Novas, P

A to już ten rok... :) W przypływie mocy napiszę coś więcej. Generalnie święta w Polsce, w domu rodzinnym wcale nie muszą oznaczać nudy! Wręcz przeciwnie! Jednakże przede wszystkim w końcu spędzam je z ukochaną rodziną :)

Skrzyczne, PL


4 kwietnia 2010

half-marathon <-> hard-preparation


III Dąbrowski Półmaraton - tak brzmi jego pełna nazwa. Termin - 11 kwiecień. Już dawno, dawno o nim wyczytałam, chyba w momencie kiedy zaczełam się tak żywo interesować bieganiem (czyli w styczniu tego roku :D) ale szybko i o nim zapomniałam. Rozmowa z dobrym kumplem, impuls i... startujemy! Tym razem będzie doborowe towarzystwo startowe: Elvis (dla którego zamówiona jest już karetka reanimacyjna), Sailor (który specjalnie zmienił datę wylotu do Maroka), Serku (stary wyga, stary kumpel)... to tyle z osób które biegna. Inne w mniejszym lub większym stopniu zobowiązały się maczać palce w naszym zwycięstwie (Carlos liczę na prawdę na tą budkę na mecie z napojami resustytacyjnymi)!
Ale półmaraton to jedno a treningi to drugie. Zapewne jestem daleko w lesie porównując przygotowania przez ostatni miesiąc do przygotowań styczniowych do poprzedniego biegu. Ale zauważyłam też, że przez regularne bieganie kondycja znacznie się wzmocniła, także gdzieś tam po cichu liczę, że na metę dobiegnę! Ba! Dobiegniemy wszyscy! :)
Zatem dziś ostatni dłuższy trening, kiedy wszyscy zasiadali do wielko-sobotnio-wielkanocnych stołów ja biegałam wokół Pogorii z prywatnym trenerem Tatorem obok jadącym na rowerku :) No korzyść dla obojga! W końcu też, za sprawą nowego nabytku - zegarka- udało mi się w końcu jako tako zmierzyć czas - 13 km w 1,04 h :) Dobrze wróży!
Wesołych świąt wszystkim!
  
 trasa III Półmaratonu Dąbrowskiego

La media maratón segunda vez este ano! Este vez en mi ciudad. La recorrida de casi 22 km llega por dos lagos grandes. Hay mas o menos 1000 participantes, entre ellos algunos de mis amigos buenos, al final no quedo sola!
Aunque hay Pascua ahora hay que practicar. Por eso el lugar de sentar a la mesa con mi familia he hecho hoy por la manana la ultima prueba, de 13 km. Todo parece super bien y si todo va bien el domingo que viene estaremos todo en la linea de finish! :)