27 października 2011

kanioning

Cytując definicję tego sportu :"Kanioning to podążanie potokami górskimi, które wcinają się w skały i żłobią wodospady, progi, rynny i kaniony. Przepiękna sceneria, niewyobrażalne formacje skalne, krystalicznie czysta woda dodają uroku i atrakcji tej wspanialej dyscyplinie. Trudności kanionów pokonuje się wpław, skokiem lub przy użyciu sprzętu alpinistycznego. W proponowanych przez nas kanionach jest dużo skoków do oczek wodnych, zjazdów w strugach wody i przyjemnego pływania między mytymi ścianami".


I tak właśnie my pływać i skakać będziemy w ten długi weekend. Z guru kanioningu w naszym klubie, Olem oraz company wybieramy się bowiem na Słowenię, gdzie eksplorować będziemy kaniony (jeśli warunki na to pozwolą) w okolicach miejscowości Bovec w Alpach Julijskich. Krótkie przeszkolenie kanioningowe mieliśmy w ostatni weekend. System porozumiewania się z pomocą gwizdka, zjazd na przyrządzie zwanym Pirana oraz Hydrobot, podstawowe techniki linowe. To, co mnie jednak przeraża najbardziej to zimna woda o tej porze roku, która w sumie ogólnie rzec biorąc w alpejskim, górskim potoku zimna jest przez większość miesięcy w roku. No ale powiedzmy mam tą przewagę na Bartkiem, że ja.... umiem pływać :)
Zatem Słowenia już dziś, a na smaczek wrzucę zdjęcie ze stronki naszego klubu z wyjazdu kanioningowego pod mocnym wezwaniem Ola z Chiusaforte.



26 października 2011

autoratownictwo

Udało nam się przetrwać ostatni przed tą zimą biwak kursowy na Birowie. O dziwo w nocy temperatura była wyższa niż tydzień wcześniej. W ciągu dnia tylko trochę wiało w związku z czym przeszywały nas raz po raz dreszcze. W momencie natomiast ustawały, gdy wbijaliśmy się znów na liny i poręczowaliśmy Sfinksa. Tak, tego samego którego w zeszłym tygodniu. Tym razem fatalizm zeszłego tygodnia przeszedł ze mnie na Agę. Nie wiem na czym to polega ale z dnia na dzień zmienia mi się z podejścia – nie mogę, nie dam rady, boję się – ekspozycji, wysokości etc po mogę wszystko, nieśmiertelność 100. No i właśnie teraz miałam taki weekend w związku z czym wyrównałam porachunki z zeszłego tygodnia z tą ścianą. Nawet na samym końcu zmierzyłam się z 30 metrowym wolnym zjazdem… a później podejściem, na widok którego w zeszłym tygodniu strach pojawiał się w moich oczach.


Wieczorem przyjechał do nas Olo, aby przeszkolić nas na najbliższą walkę życia – kaniony Słowenii. Przy zorzy pozostałej po zachodzącym słońcu dochodzimy do biwaku, gdzie już pali się ognisko, a w kręgu siedzi kilkanaście osób z klubu. I kto by pomyślał – gdyby nie te szkolenia w życiu nie wpadłabym na pomysł biwakowania o tej porze roku. A tu jak się okazuje, za Emkiem, naszym instruktorem – pod namiotem spać można przez cały rok. Zimą tylko można w łatwy sposób przekonać się czy ma się dobrą czy kiepskawą karimatę. Po kiepskiej kiedy wstaniemy, nad ranem zostanie padół w śniegu wytopiony przez ciepło naszego ciała.
Nam na szczęście śnieg na głowy w nocy nie spadł. Do późnych godzin nocnych siedzieliśmy przy ognisku, o którego podczerwień dbał Olo z Krzyśkiem, którzy jeszcze po północy latali po lesie i rąbali siekierą drewno. Następny dzień rozpoczynamy dość leniwie, nikomu nie śpieszno bo autoratownictwo, które dziś bierzemy pod lupę to temat trochę skomplikowany. Znaczy się nakreślając sprawę – jedna osoba podchodzi na wolno wiszącej pod okapem linie i symuluje wypadek, jest nieprzytomna. Zadaniem osoby drugiej jest bądź to zjechać do niej od góry bądź podejść od dołu, zastosować odpowiednie techniki, dźwignie i wypinając ją z własnego sprzętu, przy zachowaniu wszelkiej ostrożności by nie pierdzielnąć z całym impetem w glębę jakieś 10 metrów pod nami, przepiąć ją do siebie i w dwójkę zjechać na dół.


W teorii wygląda to tak, w praktyce natomiast jakby co najmniej te wiszące pary się gwałciły. W związku z czym całą niedzielę w jednym zdaniu można opisać tak – gwałcenie się na linach. Nie wspomnę już, że kilkunastominutowe wiszenie na linie w niezbyt wygodnej jaskiniowej uprzęży nie należy do rzeczy przyjemnych i prędzej czy później zdaje się, że krew już nie dociera do kończyn dolnych. Tyle pokrótce o ostatnim wyjeździe kursowym przed zimowym obozem tatrzańskim. Zobaczymy co to będzie.

18 października 2011

poręczowanie

Sporo czasu minęło i sporo jaskiń obeszliśmy pomiędzy pierwszym a drugim wyjazdem kursowym.               W końcu i ten doszedł do skutku, po całym tygodniu zimna i deszczu nadszedł czas... zimna i słońca :) Ekipą w składzie 8 kursantów i Docent nasz guru wyruszyliśmy na dwudniowy wyjazd kursowy na górę Birów. Przedostatni już wyjazd przed obozem zimowym w Tatrach. 


Przez dwa dni zgłebialiśmy techniki poręczowania, w pierwszy dzień w lajtowym jeszcze wydaniu, natomiast w drugi atakując najwyższą, 35 metrową ścianę Birowa z ekspozycją taką, że na samą myśl znów ręce mi się pocą. Z całym szpejem, zaufawszy tylko sobie w montowaniu stanowiska, z worem z liną 50 metrową przy tyłku - ot tak wychylić się ze Sfinka i zacząć zjeżdzać w wielką przepaść, znad brzegu której widać panoramę Jury jak okiem sięgnął i czubki drzew, bowiem sam Birów i tak już jest położony na wzniesieniu.
Pierwsza zaporęczowana przeze mnie droga była istną traumą - z jedną tylko przepinką - a cała reszta w totalnej lufie, takiej, że podchodząc po linie człowiek obracał się 360 wokół własnej osi bez możliwości zatrzymania się, wisząc pod okapem. Wrażenia bezcenne...


Podobnie jak mroźna noc, poranny szron, nauka węzłów przy żurku w bochnie chleba oraz gitara przy ledwo palącym się ognisku. Po takiej hibernacji przez cały weekend i wycisku góra dół, góra dół po linach doceniłam po raz kolejny mój ciepły dom, bieżącą wodę i przytulne łóżko :)

11 października 2011

Studnisko

Do końca nie wiadomo było, co będziemy robić w ten brzydki, deszczowy, ponury poranek sobotni. Wyjazd kursowy na poręczowanie odpadł, z racji faktu, że skały całe mokre. Spręż na jaskinie w sumie jakiś był, tyle tylko, że nie wiadomo czy od czwartku nadal trzyma. Okazało się, że jednak trzyma. Wyruszamy rano w nieśmiertelnym składzie Włoska, Mati, Misiek, Elvis i ja a za cel obieramy Studnisko.

Studnisko to największa jaskinia Jury. Imponująca komora główna do której się zjeżdża jakieś 35 metrów należy do największych krasowych komor Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Samo dno jej mianowicie mieści się na głębokości 75,7 m. Znaczy to, że 35 metrów pokonuje się w wolnym zjeździe w imponującej lufie w czeluści ciemności. A kolejne 40 metrów pokonuje się na zmianę – idąc, czołgając się, wspinając, przeciskając, zjeżdżając. To co najpiękniejsze chyba w tej jaskini, to samo dno z krystalicznie czystą wodą, która je zalewa. Ponownie jak ostatnim razem (dobrych 5 lat temu – kiedy mój przyjaciel zabrał mnie tu pierwszy raz – a była to dopiero moja 2 jurajska jaskinia?!) byłam pod wrażeniem ogromu pierwszej komory i malutkiego okienka gdzieś w dachu, którym się wychodzi na powierzchnię.

Znalezienie otworu trochę nam zajęło. Właściwie mam wrażenie, że  tego dnia szukaliśmy wszystkiego. Najpierw parkingu przy barze leśnym, by tam we w miarę bezpiecznych warunkach porzucić auto, później szukaliśmy dziury rozdzielając się na 5 stron świata, a w dziurze bez planu szukaliśmy dalszych korytarzy. Podczas mrożącej krew w żyłach eksploracji Włoska się prawie zaklinowała na amen a ja usnęłam :)


Całość akcji zajęła nam niespełna 4 godziny. Bynajmniej nie robiliśmy tego na czas, co widać. Ostatnie drałowanie do góry, z plecakami (postanowiliśmy nic nie zostawiać przy otworze, bowiem słyszeliśmy wiele mało pozytywnych opinii o zwyczajach tu panujących) rzeczone 35 metrów z połanietką i crollem dało nam w kość i dało sporo do myślenia. Przed obozem tatrzańskim koniecznie trzeba będzie pomyśleć o jakimś wytężonym treningu! Na górę docieramy cali, szczęśliwi i umęczeni. Do skutku doszła akcja, którą ja od samego początku skazywałam na niepowodzenie. Koniec końców – jak zawsze było za….iście! Zastanawiamy się tylko, kiedy w końcu rozpoczniemy kurs – bo w sumie fajnie by się było w  końcu czegoś więcej nauczyć! :)