Pokazywanie postów oznaczonych etykietą National Park. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą National Park. Pokaż wszystkie posty

18 listopada 2021

Skalna Czaszka w Parku Narodowym Gór Stołowych – pomysł na wycieczkę w góry z dziećmi!

Park Narodowy Gór Stołowych jest nam bliski z wielu względów. Po pierwsze dlatego, że często tu przyjeżdżamy. Po drugie z racji tego, że oferuje wiele możliwości spędzania czasu wolnego. A po trzecie – miejsce to pokochały nasze dzieci. Mało bowiem gdzie można spotkać tak urozmaicone szlaki górskie. Kamienie, skałki, mostki, ciasne przejścia, labirynty skalne to coś, co chłopcy uwielbiają.

W wakacje ponownie wybraliśmy się z nimi na Narożnik (849 m n.p.m.). To malownicza skała z piękną ekspozycją znajdująca się na niebieskim szlaku w bliskiej odległości od parkingu przy Lisiej Przełęczy na Szosie Stu Zakrętów. Od parkingu zaledwie w 15 minut marszu stromo pod górę wychodzimy na skalną platformę, nieograniczoną żadnymi barierkami – z której roztaczają się piękne widoki. Widać między innymi cały masyw Szczelińca Wielkiego zatopiony niemalże w okolicznych lasach. W tym roku Park Narodowy Gór Stołowych udostępnił nie lada atrakcję!

Otóż poprowadzono znakowany szlak do Skalnej Czaszki – tajemniczej skały, która często pojawiała się na starych fotografiach i rozpalała wyobraźnie! Upiorna formacja skalna znajduje się nieco poniżej szlaku niebieskiego, ale do tej pory była niedostępna – bowiem jak to w parkach narodowych – poruszanie się poza znakowanymi szlakami jest zabronione. Turyści tym samym dreptali tuż nad nią niczego nie świadomi podążając niebieskim szlakiem (i bez tego bardzo widokowym) w stronę Skał Puchacza. Tymczasem Skalna Czaszka znajduje się tuż za Kopą Śmierci poruszając się od Lisiej Przełęczy – według znaków jest to około pół godziny od parkingu. Ale z dziećmi wiadomo… czasoprzestrzeń gdzieś się załamuje. Atrakcję tę nie sposób jest ominąć, bowiem na szlaku znajduje się tabliczka z drogowskazem oraz metalowe schody, które najkrótszą drogą prowadzą do tej atrakcji turystycznej. 


Podejście na Narożnik

Wzdłuż niebieskiego szlaku wiodącego skalną grzędą roztaczają się piękne widoki.

Narożnik

Podejście na Narożnik

Jeden z licznych widoków 

Kamienne balkony

Nie sposób minąć odbicie szlaku na Skalną Czaszkę. Jest ono świetnie oznakowane.

Do Skalnej Czaszki najkrótszą drogą wiodą metalowe schody. Za nimi skręcamy w lewo.

Skalna Czaszka


20 sierpnia 2020

Wołowiec, Rohacze, Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banikov, Rohackie Stawy, Zabrat, Rakoń, Grześ – czyli starzy mają wychodne

Mają wychodne, czyli próbują w jeden weekend nadrobić cały "stracony" sezon. I tak padło na Tatry Zachodnie, a dokładniej Rohacze – o których myślałam już od liceum ale nigdy jakoś nie było mi z nimi po drodze. Chcieliśmy wbić się na nie od słowackiej strony ale woleliśmy nie ryzykować wjazdu do naszych południowych sąsiadów w piątek, by na przykład w niedzielę dowiedzieć się że z powodu COVIDu nie możemy wrócić do kraju lub musimy odbyć obowiązkową kwarantannę. Postanowiliśmy tym samym wbić się na szlak od strony polskiej, a dokładnie od Doliny Chochołowskiej.

Na dwa dni przed wyjazdem planner mapy.cz wskazał blisko 35 kilometrów marszu i ponad 20 godzin w drodze. Ale po konsultacji z innymi kozicami górskimi stwierdziliśmy, że przecież kto jak nie my i szlak ten pokonamy w szybszym tempie (haha).

Nasze ultracamino rozpoczęliśmy zielonym szlakiem z Chocho na Przełęcz Zawracie, skąd już dwoma skokami dotarliśmy na Wołowiec. Meldujemy się na nim koło 8:00 – idealnie bo nie ma jeszcze zbyt wielu ludzi. Wędrówkę umiliła nam Zośka, która stwierdziła że przed pracą przebiegnie się na Wołowiec. Tym samym mozolny spacer pod górę przeplatała ciekawostkami z Tatr, które przygotowując się na egzamin przewodnicki ma w jednym paluszku! Na Wołowcu zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i dzida na dół do Jamnickiej Przełęczy. Przed nami maluje się piękna panorama dzisiejszej wędrówki – Ostry Rohacz, Płaczliwy Rohacz, Trzy Kopy, Hruba Kopa i Banówka. Po drodze czekają nas liczne odcinki z łańcuchami dlatego zależy nam, by przelecieć to w miarę szybko i uniknąć tym samym korków w trudniejszych miejscach. 

Szlak ten często porównuje się do naszej Orlej Perci. Owszem, jest on miejscami dość powietrzny natomiast na osobach przyzwyczajonych do ekspozycji nie wywiera jakiegoś powalającego wrażenia. Łańcuchy okażą się nieocenione podczas trudnych warunków pogodowych, śliskiej czy nawet zalodzonej skały. Natomiast w suchy i pogodny dzień stokroć lepiej korzystać jest z naturalnych chwytów i stopni skalnych. W porównaniu jednak do naszych szlaków w Tatrach Zachodnich słowacki odcinek specjalny potrafi zaskoczyć! Pierwsze łańcuchy zaczynają się już na podejściu na Ostry Rohacz. Swoją drogą jego 200 metrowe ściany opadające na zachodnią stronę ku Dolinie Rohackiej robią imponujące wrażenie. Rohacz Płaczliwy jest zdecydowanie bardziej kopulasty i daje większy komfort psychiczny osobom, które nie są obyte z przestrzeniami. Można tu odpocząć i rzucić okiem na rozległą panoramę Tatr wszelakich – Zachodnich, Wysokich i Niżnych. 

Wyczerpującą wędrówkę góra dół można zakończyć już na etapie Smutnej Przełęczy skąd niebieskim szlakiem zejdziemy wprost do Doliny Rohackiej. My jednak czując pulsujący pod skórą niedosyt i ciśniemy dalej. Bardzo miłe zaskoczenie – jakoby po Rohaczach już nic ciekawego miało się nie wydarzyć – stanowią Trzy Kopy. Obfitują w eksponowane przejścia i długie łańcuchy. Powoli zaczyna doskwierać nam słońce i brak wody. Ta mimo sporych zapasów niknie w oczach! Na dodatek morale nam trochę opadają kiedy wchodzimy na Hrubą Kopę, bo oto zapomnieliśmy, że po drodze musimy wejść jeszcze na Banikov (Banówkę). A jedynym mokrym prowiantem jaki mamy jest jogurt pitny. Dobre i to... byle do pierwszego źródełka! 

Z wielką ulgą na przełęczy Banikowskiej wypijamy ostatnie zapasy i puszczamy się w dół po osypującym się kamieniami szlaku. Patrząc za siebie podziwiam upór ludzi, którzy gramolą się tu tak mozolnym podejściem. Wytyczona wcześniej pętla kieruje nas na Rohackie Stawy. Kolejne podejście... ale widoki wynagradzają wędrówkę. Po drodze udało nam się napełnić butelki aż po korek więc wstąpiły w nas nowe siły. Znów można robić zdjęcia i tracić energię "na rzeczy niepotrzebne". 

Chcąc nie chcąc by przebić się przez flankę gór do Polski musimy zejść na dół do Tatliakovej Chaty. Tutaj wychodzą z nas "Janusze" turystyki – nie mamy przy sobie ani pół euro, a jedyne pieniądze to 20 złotych w papierku. Przy złodziejskim kursie 1 euro - 5 złotych udaje nam się kupić kofolę i radlera, którymi wznosimy toast za swoją głupotę. Z nową energią ruszamy zatem przez Zabrat na Rakoń. 

Po drodze mijamy ostatnich ludzi i na grani jesteśmy praktycznie sami jak okiem sięgnąć. Mimo iż jest późne popołudnie nie spieszy nam się. Pogoda jest cudna więc planujemy jeszcze romantyczną kolację Lyofoodową na szczycie Grzesia. Nieoczekiwanie dzielimy ją ze spotkanym wędrowcem w słusznym wieku lat 80. A spotkanie to będziemy pamiętać bardzo długo, bo kolejny raz życie nam pokazało, że na tym świecie bez względu na losy, wiek, miejsce zamieszkania – wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. I tylko ktoś tam na górze ciągnie za sznurki i sprawia, że ludzie – nieraz w tak nieoczekiwanych okolicznościach jak ten – na siebie wpadają.

Całość – jakże miłej i męczącej wycieczki ostatecznie wyniosła 27 kilometrów i zajęła nam 14 godzin. Z przewyższenia natomiast wyszło, że z palcem w nosie tego dnia moglibyśmy zrobić Gerlach zaczynając od poziomu Bałtyku. Well done. Kawał dobrej i nikomu niepotrzebnej roboty! 

Polecam mapkę i apkę.

Widok z Płaczliwego Rohacza na Ostry Rohacz i w dali kopułę Wołowca.

Poranne mgły w drodze na Wołowiec

Obłędne poranne widoki z Wołowca

Zapowiada się idealny warun – gdybyśmy mieli ze sobą sprzęt pewnie wbijalibyśmy się już w ścianę.

Rohacz Ostry i Płaczliwy, a także Nogawica (Nohavica) z Jamnickiej Przełęczy.

Jedno z wielu miejsc z lufą pod nogami

Ostry Rohacz – chyba wiemy czemu zawdzięcza swoją nazwę

Na szlak który robimy zwykło się mówić Orla Perć Tatr Zachodnich. W sumie jest coś w tym.

Na szczycie Rohacza

W dole widać Rohackie Stawy - tamtędy będziemy wracać przez Tatliakową Chatę na Zabrat, Rakoń, Grzesia i w doliny

Po zachodniej stronie grani rozpościera się imponująca skalna galeria.


Płaczliwy Rohacz – jako głosi tabliczka na szczycie

Krzyż z nart i kijków opasany liną na szczycie Hrubej Kopy. Tatry Zachodnie, a w szczególności dolina Żarska są mekką narciarstwa skiturowego.

Szlak obfituje w liczne łańcuchy, które przydadzą się zapewne podczas trudnych warunków kiedy skała jest mokra lub co gorsza oblodzona. W innym przypadku wygodniej używać naturalnych chwytów.

Jedno z wielu eksponowanych miejsc

Wołowiec, Ostry i Płaczliwy Rohacz, Nogawica, Smutna Przełęcz i ścieżka na Trzy Kopy.

W takich miejscach doskonale jest uczyć się topografii. Całe Tatry na wyciągnięcie ręki.


Trzy Kopy oferują bardzo fajne widoki przestrzenne. Takie szlaki lubimy – lufa tu, lufa tam.

Trzy Kopy

Z widokiem na Banikov

Rohackie Stawy – urokliwe miejsce idealne na niezbyt forsowną wycieczkę

Rohacze z zielonego szlaku w Dolinie Smutnej

W drodze na jeden z pipantów na Długim Upłazie.

A słońce chyli się powoli ku zachodowi. W dole dolina Rohacka.

Polana Zadniej Doliny Łatanej na tle naszego dzisiejszego wyczynu.

Długi Upłaz w drodze na Grzesia

Spektakl chmur i popołudniowego słońca nad Tatrami Zachodnimi. Widok z Grzesia.



Zachód słońca na Przełączce pod Grzesiem


Oraz profil trasy również z map turystycznych.

Na koniec jeszcze przebieg naszej traski na mapach turystycznych.


25 listopada 2018

Pancie na Giewoncie

W sezonie jeden z bardziej “oblepionych” szczytów. Opadający 600-metrową ścianą w stronę Zakopanego stanowi niejako symbol tego miasta. Z Krupówek widać dokładnie wznoszący się na szczycie 15-metrowy krzyż. Ten widok oraz - złudna - bliskość szczytu wabią tu i tych bardziej i tych mniej doświadczonych turystów. Bo ileż to zdjęć można później obejrzeć w internecie z korków na łańcuchach, nieodpowiednio odzianych czy obutych. W trosce o swoje nerwy szczyt ten celowo pomijałam po wizycie na nim jakieś 17 lat temu (jak to brzmi!!!) aż do tej pory…

Listopadowy dzień - bezchmurny, bezwietrzny, ciepły i słoneczny. A na dodatek to dziś ja mam wychodne! Rano pozbierałyśmy się z Olcią z naszej mety - Daczy Turysty i Biegacza - i ruszyłyśmy na podbój kolosa Tatr Zachodnich! A co!

Postanowiłyśmy ruszyć z Kuźnic niebieskim szlakiem przez Kalatówki i schronisko na Hali Kondratowej. Bardzo miła, niespieszna, niemęcząca wędrówka. Postój w pustym i klimatycznym schronisku. Poranna kawa z widokiem na zaśnieżone szczyty Goryczkowej Czuby i Kondrackiej Kopy. Niespiesznie ruszyłyśmy dalej animowane coraz to piękniejszymi widokami i błękitem nieba gdy nagle… ujechała noga. Ups! Oblodzenie. Z początku między kamieniami, potem i na kamieniach, w końcu podejście przypominało lodowy chodnik pokryty w miejscach zacienionych warstewką cieniuśkiego lodu. A my o zgrozo - mimo iż świadomo, mimo iż wyposażone to… opanowane przez jakąś pomroczność jasną. Że między porą niskich butów biegowych w górach, a ciężkich skiturowych skorup istnieje coś takiego jak pora, kiedy trzeba włożyć buty za kostkę, a w plecaku na podorędziu mieć raczki! 

Z gracją jednak i głową uniesioną wysoko (mimo poczucia totalnego przypału i poziomem zrównania się do pań wychodzących w klapkach na Giewont) dotarabaniłyśmy się na Kondracką Przełęcz. Tu operujące słońce rozpuściło wszelki śnieg i lód pozostawiając pod stopami przyjemne tarcie skał prowadzących już na sam szczyt Giewontu. Po drodze spotkałyśmy zaledwie kilka osób. Na szczycie prócz nas była jeszcze jedna para, potem doszły kolejne dwie osoby. Można było dowoli rozkoszować się widokami… Na szczyt prowadzi jednokierunkowy szlak zaopatrzony w kilka łańcuchów na dodanie otuchy. To jednak, co robi największe wrażenie, to stos z kijków, które najwyraźniej piechurzy porzucają tu przed pierwszymi łańcuchami chcąc w ten sposób zwolnić ręce. Bo w jaki inny sposób można wytłumaczyć chrust zalegający u stóp “kopuły szczytowej” Giewontu?

Podejście na Przełęcz Kondracką ochłodziło nieco nasze plany zejścia w stronę Przełęczy na Grzybowcu i skłoniło nas do pokory i zejścia tym samym szlakiem, którym podchodziłyśmy. Warto pamiętać, że planując zimową wycieczkę na Giewont w okresie od 1 grudnia do 15 maja, zamknięty jest odcinek czerwonego szlaku, łączący Przełęcz w Grzybowcu z Wyżną Kondracką Przełęczą, co utrudni dojście od strony Doliny Strążyskiej. Nic dziwnego, tamtejsza trasa jest stroma i skalista. W szczelinach skalnych szybko tworzą się oblodzenia, a stąd już krótka droga do poważnego wypadku (w ubiegłych latach odnotowano tam sporo podobnych zdarzeń, co tłumaczy decyzję władz TPN).

Po zejściu pierwszą rzeczą było wejście na stronę internetową sklepu górskiego 8a i… wybranie przejściowych raczków, bowiem nie wykluczam wędrówek górskich w porze “jeszcze nie skiturowej, a już nie biegowej”.

Swoją drogą w linku tekst o Tatrach dla średniozaawansowanych piechurów, gdzie oczywiście temat braku sprzętowego przygotowania jest przemilczany.

Długi Giewont

Widok z tarasu schroniska na Hali Kondratowej

Ogrzany w słońcu południowy stok Giewontu

Czerwone Wierchy z Przełęczy Kondrackiej


Łańcuchy na podejściu na Giewont... phhh powinni je zamontować poniżej Przełęczy ;)

15-metrowy krzyż na szczycie wzniesiony z inicjatywy wzniesionym w sierpniu 1901 roku z inicjatywy księdza Kazimierza Kaszelewskiego.
... i łańcuchy zejściowe

Czerwone Wierchy w całej swojej okazałości, Tatry Zachodnie i Wysokie. Piękne widoki z Giewontu.

Zalodzony szlak ze schroniska aż po Przełęcz Kondracką. W sumie jakby nie patrzeć grudzień już za pasem...




25 maja 2018

Rakoń, Grześ i Wołowiec od słowackiej strony czyli Velka Belka w Zapadnych Tatrach

Po ostatnim babskim spędzie nazwanym na cześć słownika w moim telefonie Velką Belką tym razem imprezę przeniosłyśmy na Słowację! Wow! Międzynarodowy zasięg! Gospodarzem jest Jana, która mam wrażenie zęby zjadła na okolicznych szlakach i ad hoc w głowie kalkuluje czasy przejść, kombinacje szlaków i różnice poziomów.

My jak to my pojechałyśmy w ciemno. Na tyle w ciemno, że spakowałyśmy się na trekking z całym dobytkiem - ograniczonym oczywiście do minimum. Po czym okazało się, że chata w Zverovce  znajduje się na końcu drogi, gdzie podjeżdża się autem. Jana ugościła nas jak u siebie w domu! Nim padły pierwsze uściski i zaczęły się powitania na dzień dobry wjechały obłędne malinowo-czekoladowe babeczki i specialite de la maison - nalewka taty z  čučoriedky (jagód).

Ach cóż to za wspaniały wieczór był. Nieco bardziej kameralnie niż ostatnio ale za to "aż" trzy dni i ambitne plany na trekking!

Startujemy rano - po niezbędnych ceremoniałach - kawie, gorącej czekoladzie z suszonym robalem (omg!), prostowaniach i falowaniach włosów. Cel - nomen omen graniczne szczyty: Rakoń, Grześ i Wołowiec. Wszystko na luzie, spokojnie w myśl zasady - po pierwsze to się nagadać! Do przodu wyrywa tylko Natalka, która trenuje do zawodów biegowych, a którą nasze tempo by wykończyło. My ruszamy powoli Doliną Rohacką przed siebie. Aż po schronisko przy Tatliakovym Jazerze ciągnie się asfalt, gdzie dopuszczony jest ruch rowerowy. Super opcja zwłaszcza na zabranie przyczepki z commandogroszkami. Stamtąd szlak odbija na przełęcz Zabrat skąd tylko 40 minut granią dzieli nas od Rakonia.

W trekkingu po Tatrach Zachodnich odnajduję wielką radość. Po pierwsze dlatego, że minął prawie rok od kiedy nie byłam w Tatrach. Ostatnim razem ledwo dotoczyłam się do Popradzkiego Plesa, więc na wyższe partie mogłam sobie jedynie popatrzeć. Po drugie Tatry Zachodnie od słowackiej strony są zdecydowanie bardziej dostępne. Takie szczyty jak Wołowiec, Rakoń czy Grześ są nie lada wyprawą zaczynając wycieczkę na początku Doliny Chochołowskiej (nudnej jak flaki z olejem - ok raz w życiu trzeba ją przejść. Za drugim razem już złapaliśmy na stopa pług x lat temu). Ze strony słowackiej temat jest znacznie krótszy i przyjemniejszy.

Zdobywszy Rakoń gremialnie stwierdziłyśmy, że idziemy na Wołowiec. Kopulasty szczyt jest wart uwagi choćby z tego powodu, że łączą się tu trzy granie. W związku z tym roztaczające się praktycznie w każdym kierunku widoki są obłędne. Pogoda była dla nas również łaskawa. Ciągnące chmury raz po raz odsłaniały nam kolejne widoki, a burzowo-granatowe niebo plus słońce malowały niezwykłe barwy. Ach ile my zdjęć narobiłyśmy! Tego nie zrozumiały żaden facet - tak tylko można na babskiej wyprawie. Po chwili odpoczynku i odpaleniu bitej śmietany - miała być do gorącej czekolady ale nie dotrzymała - stwierdzamy, że kolejnym celem niechaj będzie Grześ. Więc z powrotem na Rakoń i heja dalej na Grzesia. Szlak cały czas prowadzi granią skąd roztaczają się cudowne widoki. Popołudniu meldujemy się na szczycie już w komplecie. Natalka obleciawszy wszystkie okoliczne szczyty przystała na nasze warunki marszowe. Na Grzesiu popas, komunikacja z krakowsko-warszawską ekipą dobijającą do nas i zejście Łataną Doliną do Zverovki. Ogółem 20 kilometrów bez 500 metrów, 1072 metry podejść i z jakieś 200 zdjęć per capita.

Niedziela jako, że rano wybitnie nam się nie spieszyło upłynęła nam na jeszcze wolniejszym trekkingu Rohacką Doliną w stronę wodospadów w dolinie Spalonej. Jako, że ta forma krajobrazu była nam nowa na tym wyjeździe oczywiście trzeba było zrobić sesję fotograficzną, łącznie z wchodzeniem niemalże w linię spadku wody.

Ach z jakim ciężkim sercem się wyjeżdżało. Niebieskie niebo i słońce, góry z resztkami śniegu w żlebach, wyborowe towarzystwo i to słodkie zmęczenie po górskich eskapadach. Jednak jak na organizatorki przystało znalazłyśmy conajmniej parę kolejnych godnych naszej uwagi miejsc. Więc Velka Belka vol. 3 cooming soon!


Wołowiec
Wołowiec


W stronę Rakonia

ido...

i ido...

i gadajo...

urokliwe Tatry Zachodnie

Przełęcz Zabrat

Podejście na Rakoń od słowackiej strony

Zwalisty szczyt Wołowca

Dzień dobry z Wołowca

Tego dnia chmury zrobiły robotę...

Velka Belka!

Wyżnia Spaleńska Siklawa

Ahoj!

Cmentarz symboliczny w Zverovce

Widok z Grzesia ku Tatrom Zachodnim