Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty

24 stycznia 2018

Górski Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy

Koła buksują, a zakładany co pięć minut łańcuch spada. Mimo to powoli metr za metrem zdobywamy wysokość i szlakiem mkniemy przed siebie. W aucie dwie legendy himalaizmu - Bogdan Jankowski i Anna Czerwińska. Na mnie Benek, Henryk miarowo oddycha w foteliku. Chłopcy śpią i pojęcia nie mają gdzie jadą, z kim jadą i po co. Właściwie powinnam im zrobić zdjęcie, by po latach uwierzyli.

5 kilometrów pokonujemy w oka mgnieniu i z bambetlami i bajtlami w piątkowe południe wchodzę do schroniska Samotnia. Kładę delikwentów na stole i po cichu w głowie błagam by nie zsynchronizowali się w jedzeniu lub w płaczu bo nie ogarnę. Z dołu dopiero wyruszył Kanion z Olcią więc odsiecz dopiero idzie. Ku mojemu zdziwieniu obudzili się jedno po drugim i zachwycali kilkadziesiąt minut lampami w głównej sali schroniska. Ufff...odetchnęłam z ulgą. Tym większą, kiedy w progu po dwóch godzinach zobaczyłam przybyłych z dołu tatę i ciocię naszych commandogroszków.

W Samotni jesteśmy już trzeci raz na górskim finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. O zeszłorocznej imprezie pisałam dla portalu górskiego o tu. Schronisko to ma wyjątkowy klimat w zupełnie przeciętnych (moim zdaniem) Karkonoszach. A już na pewno wyróżnia się klimatem wśród schronisk widm, kamiennych olbrzymów ziejących zimnem i nie-gościnnością. Samotnia natomiast zagnieżdżona w Kotle Małego Stawu, pod skalistymi zerwami skalnymi jest jednym z najstarszych schronisk w Polsce! Jego gospodarze dbają zarówno o klimat jak i imprezy tematyczne ściągające ludzi z całej Polski. Bieg górski ze Śnieżki - Lawina, liczne warsztaty, finały WOŚP.

Rzeczony finał połączony jest co roku z pokazami slajdów podróżników, ludzi gór, autorów książek, wybitnych fotografów. Liczba zacnych person na metr kwadratowy jest imponująca, a miejsca noclegowe jeżeli jakiekolwiek są w sprzedaży rozchodzą się pewnie jak świeże bułeczki. Ich brak natomiast nie zniechęca gości finału. Śpią albo na dole w Karpaczu albo w pobliskich schroniskach: Strzesze Akademickiej, a nawet Domu Śląskim i wędrują od... do...

Absolutnym hitem i momentem na który wszyscy czekają jest licytacja. Na raz z głównej sali wypraszani są wszyscy goście. Następuje szybka aranżacja przestrzeni, ustawianie krzeseł i można wrócić. Przekraczając próg do puszki wrzuca się co łaska, nie mniej niż... i tu następuje zabawa! Jazda bez trzymanki, karuzela. Ludzie umierają ze śmiechu, licytacja jest kabaretem, teatrem w wykonaniu dwóch najlepszych aktorów Maćka Sokoła Sokołowskiego i Tomka Banana Banasiewicza. Łzy śmiechu płyną po policzkach, puszczają wodze - licytują się przedmioty i te przywiezione z dalekich podróży i te regionalne, dzieła sztuki, zdjęcia, książki z podpisami i... co roku absolutny hit - bałwan Zenon, bożyszcze tłumu, który pod koniec licytacji przekazywany jest właścicielowi w stanie już płynnym.  Za Zenonem zazwyczaj licytowana jest małżonka Zenobia... w tym roku były dwa małe bałwanki - nomen omen Henio i Benio. Licytowano także śpiew śmiałka odzianego na letnio śpiewającego przez okno w zaspach po pół łydki - raz licytowano by przestał, raz by wznowił swój śpiew. A kiedy przedmioty już się skończą, a kieszenie są puste rozpoczyna się zabawa w rytm najlepszych kawałków. Jednym słowem dzieje się!

W zeszłym roku ten czas spędziliśmy również na licznych wycieczkach skiturowych. Właściwie jeździliśmy aż głowy nam odpadały. W tym roku bardziej stacjonarnie, natomiast zachęceni pogodą ruszyliśmy na geriatryczny spacerek z naszymi wombatami pół godziny w dół i pół w górę. Trudno inaczej z naszymi wombatami. O słuszności przybycia tu z nimi poświadczył fakt, że wcale nie byli najmłodszymi uczestnikami imprezy!

Karkonosze (jakkolwiek nie przekonają mnie nigdy jako góry bardziej niż nasze Beskidy, Tatry czy Bieszczady) nie ma co dużo mówić, mają swój wyjątkowy klimat. Na pewno wrócimy tu latem, bo szerokie wybrukowane "ulice" zamiast szlaków pozwalające nawet autom wjechać na szczyt Śnieżki dają nadzieję, że wypchamy gdzieś na grań wózek z młodzieżą.

ps. Sztab samotniany zebrał ponad 23.000 złotych

ps 2. Od kiedy pamiętam wspieraliśmy WOŚP na początku kwestując, potem pomagając przy organizacji, zawsze wrzucając coś do puszki. Chyba żadne z nas nie myślało wtedy, że będziemy korzystać kiedykolwiek ze sprzętu z czerwonym serduszkiem...Henio i Benio są wcześniakami, z 30 tygodnia. Dlaczego aż tak im się pospieszyło na ten świat? Na oiomie spędzili 5 tygodni. Początki były ciężkie. Siły dawały nam historie innych wcześniaczków przedstawione w ramkach przed wejściem na oddział, lekarze, sprzęty, a przede wszystkim nasi mali wojownicy. Nasze commandogroszki.
Dziś mają ponad 4 miesiące, są zdrowymi chłopcami, którzy jak widać tak wyrywnie i szybko chcieli się już przywitać z tym światem. 
Będziemy wspierać WOŚP, tym mocniej po ubiegłym roku, bowiem niesie realną pomoc tym najmniejszym i najbardziej potrzebującym. To dzięki niemu możemy dziś być w czwórkę na górskim finale w Schronisko Pttk Samotnia im. Waldemara Siemaszki i włączyć się w najbardziej chyba emocjonującą licytację!


Tradycją stały się już wspólne zdjęcia fot. Marek Arcimowicz
Lampa nad Małym Stawem fot. Marek Arcimowicz
Takie warunki zachęcają do wycieczek.
Urokliwe schronisko Samotnia
Mechaniczne zdobywanie wysokości w naszym odjazdowym żłobku

Zdobywcy szczytów i dolin - na śpiocha. Fot. Marek Arcimowicz

Górski Finał WOŚP - czy górski czy nizinny - wspieraliśmy i będziemy wspierać!
Piątkowe południe w schronisku - spokój i cisza.

Sobotnia licytacja. Że tyle osób się pomieściło tu to aż nie do wiary!




27 lipca 2016

Złoty Półmaraton na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich, czyli biegam w górach

Nie wiem od czego zacząć ten wpis. Może od...

... tego, że kolejny raz mimo wcześniejszych postanowień regularnych treningów startuję w półmaratonie z przeświadczeniem, że nie jestem odpowiednio przygotowana i jedyne o co powalczę, to zmieszczenie się w limicie czasowym.

... tego, że zaczęły mnie nudzić biegi uliczne i pierwszy raz w moim życiu zdecydowałam się na bieg górski, a myśl ta kiełkowała we mnie od pierwszego Zimowego Ultramaratonu Karknonoskiego, gdzie znajomy przekonywał mnie, że biegi górskie są dużo łatwiejsze i przyjemniejsze od biegów ulicznych - co nie mieściło mi się w głowie.

... tego, że skoro chodzę po górach, jeżdżę po nich na rowerze, a zimą przemierzam je na skiturach naturalną koleją rzeczy wydaje się być również bieganie po nich!?

... tego, że będąc w Hercog Support Teamie, czuję się zobowiązana do doświadczenia takiej dziedziny sportu jak biegi górskie, by jeszcze dotkliwiej i z jeszcze większym niedowierzaniem przeżywać górskie starty i osiągnięcia Hercmistrza!

Ilekolwiek motywacji by nie było, chciałam pochwalić się, że swój pierwszy bieg górski mam już za sobą i to na dystansie 21 km podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich :)

Wystartować w nim zapragnęłam już rok temu, kiedy to na punkcie odżywczym na Orłowcu kroiłam właśnie 40 arbuza w niemiłosiernym upale. Stwierdziłam wtedy, że za rok koniecznie muszę wystartować na jedynym słusznym dla mnie dystansie - 21 km i tym samym utożsamić się z setkami biegaczy, które przez wszystkie dni festiwalu biegowego chodzą niby o swoich nogach, ale zupełnie jak na szczudłach mniej lub bardziej kontuzjowani po dłuższych lub krótszych biegach (najdłuższy bieg ma 240 km (!!!), a najkrótszy 100 m (dla dzieciaczków). W półmaratonie startuje sporo znajomych twarzy, jednak kompanką wyścigu i prowodyrem zajść jest Olcia - to z nią wybiegam na trasę i wbiegam na metę (nieopatrznie o 4 setne sekundy szybciej?! - Olciu - moim zdaniem to niedoskonałość systemu pomiarowego). Półmaraton pokonujemy pod szyldem #Biegnę żeby Kanion nie musiał, #Pomoc mierzona w kilometrach, #Zbieram kilometry dla Kaniona - czyli nic innego jak "walka" o medal dla Wojtka, który niestety w swoim wyścigu na 130 km musiał zejść po 60 kilometrze. Akcja spotkała się z takim uznaniem wśród biegających znajomych, że zebraliśmy dla niego medal na lekko 240 km! :)

Bieg startuje w Lądku Zdroju w Parku Zdrojowym pod Wojciechem i następnie przez Trojak, Karpiak pnie się na grzbiet, którędy wiedzie granica Polsko-Czeska, by po zatoczeniu pętli znów wrócić do Lądka (track z półmaratonu, nota bene fajnej wycieczki znajdziecie tu). Na początku gasi nasze emocje start mocno pod górę, który okazuje się być dla mnie totalnym hardcorem - zadyszka, przyspieszone tętno - bieg musimy zamienić na marsz, bo inaczej totalnie się wypompujemy. Przyjmujemy też taktykę, że pod górę nieustająco, żwawym krokiem podchodzimy, a na płaskim i z górki biegniemy. Momenty podejścia wykorzystujemy również na napicie się wody i zagryzienie np. jakiegoś żelu. Po 10 km na Przełęczy Lądeckiej znajduje się punkt odżywczy, gdzie można uzupełnić napoje, przegryźć owoce albo żelki, ale przede wszystkim gdzie czeka ekipa nas dopingująca - Wojtek, Kakusia i Dżusta oraz ekipa Poco-Loco. Już wiem, co znaczy biec z perspektywą, że na punkcie czy na mecie ktoś na Ciebie czeka, ktoś Cię dopinguje :) Biegnie się wyśmienicie. Na pewno jest to sprawką pięknie wyznaczonej trasy, niesamowicie różnorodnej. Ponadto atmosfera jest bardzo przyjemna. Sporą część trasy pokonujemy z Basią i Maćkiem - jest więc okazja do porozmawiania sobie, wymiany uwag, zrzuceniu z barków trudów biegu i ostrzeganiu przed czyhającymi na nas korzeniami czy śliskimi kamieniami.

Półmaraton kończymy czasem 2h 57 minut, choć naszym pierwotnym założeniem było zmieścić się w limicie czasowym 4 godzin. Nie śniłyśmy nawet, że możemy zejść poniżej 3 godzin! Atmosfera towarzysząca nam na mecie i na ostatnich metrach jest wprost nie do opisania! Mimo zmęczenia nogi niosą same! Ludzie dopingują, klaszczą, krzyczą, zagrzewają do dalszego biegu - rewelacyjnie! Wraz z nami kończą swoje dystanse osoby z 240 km, 110 km oraz pewnie 68 km - rozróżniają ich odmienne kolory na numerach startowych i narastające wraz z dystansem zmęczenie.

Gdybym miała do wyboru w kolejnym biegu startować w półmaratonie asfaltowym, bądź górskim bez wahania wybrałabym tą drugą opcję! Dlaczego? Odpowiem słowami Daniela, który już trzy lata temu przekonywał mnie do startu w biegu górskim, a którego słowa przez trzy lata trawiłam nie mogąc sobie wyobrazić, że bieg górski jest "łatwiejszy" od biegu ulicznego. Nie jest tak jednostajny (tempo różni się na podbiegach i zbiegach i nawet jak przejdziemy do marszu to łatwiej nam będzie ruszyć z kopyta, niż gdy zastaniemy się gdzieś w biegu ulicznym) i nie jest tak monotonny (bądź co bądź mijane miejsca, krajobrazy czy nieprzewidywalność terenu w postaci błota, korzeni, ściółki, żwirku, głazów, kamieni i bóg wie czego jeszcze powoduje, że zamiast skupiać się na dystansie do przebycia skupiasz się na tym, by nie wybić sobie zębów! Zatem czy jest to początek nowej przygody, konieczności wygospodarowania kolejnego weekendu wolnego na wycieczki biegowe? Kto wie... jest to wielce prawdopodobne, tym bardziej prawdopodobne, że dedykacja od Natalki Tomasiak w jej książce biegowej brzmi: do zobaczenia na górskich ścieżkach.

#biegnę żeby Kanion nie musiał czyli #rodzinazwyboru zbiera kiliemetry dla Kanionka :)

Natalka ze swoją książką - Przez polskie góry - przewodnik biegacza - oraz dedykacja dla nas :)
  
W obiektywie Łukasza Buszki
Gęsi wyścigowe #PolciaIOlcia w obiektywie Marty Erwin

Piękny zbieg, idealnie wyznaczona trasa - Basia, Olcia i Polcia
ostatnie metry przed finiszem

Gęsi wyścigowe nadciągają na metę, a tam najlepsi kibice ever - #rodzinazwyboru

Ten pomysł ze skakaniem należy do Olci - dla mnie jako nielota wizja podskoku po ponad 20 km biegu była zabójcza

Radość jest wielka!

Udało się! Mój pierwszy górski bieg pokonany - dzięki Olcia!

#ciałkówbezwałków! Czyli przed Zdrojem Wojciech po odebraniu pakietów startowych, w przeddzień zawodów


18 lipca 2016

Przystanek Woodstock i Himalayan Camp

Kiedy miałam naście lat, przechodziłam okres buntu, noszenia ciężkich glanów do lekkich, letnich sukienek, stawiania włosów na cukro-białko, a na ramieniu noszenia gitary, choć gdy ktoś zabrał mi akordy nie byłam wstanie zagrać nic poza Whisky Dżemu - wyjazd na Woodstock był dla mnie marzeniem. Z wypiekami słuchałam opowieści znajomych z festiwalu! Ba! Dostałam nawet kartkę, a później zdjęcia w liście - bo maile dopiero raczkowały, a o fejsie i natychmiastowym przepływie danych mało kto śmiał myśleć. Zatem było to... dawno temu.

Kiedy byłam starsza i moje wyjazdy ograniczały się do zawiadamiania rodziców o planowanej podróży, bądź ich pozdrowienia już z trasy, a nieraz nawet powiadomienia tuż po powrocie, że gdzieś się było - już nie ciągnęło mnie na Woodstock. Dwa ostatnie wyjazdy, choć miałam szansę zabrać się z cudowną ekipą, przegrywały jednak w przedbiegach z opcją wspinania w Tatrach. W tym roku postanowiłam, że będzie inaczej!

Powodów by jechać było kilka. Ot, zwykła, czysta ludzka ciekawość - jak to jest, jak wygląda największy festiwal muzyczny w Polsce! Jak to jest zobaczyć taki tłum, poobserwować tych ludzi. Dołożyć swoje dwie ręce i minimalną cegiełkę w organizację tego ogromnego przedsięwzięcia. Jednym zdaniem: poczuć to i być częścią tego!

Na Woodstocku pomagamy przy organizacji zajęć przeróżnych w ramach Himalayan Campu na Wzgórzu Akademii Sztuk Przepięknych. Jest to rewelacyjna inicjatywa Polish Outdoor Group, organizatorów wintercampu, czyli zimowego biwaku, w którym jestem zakochana od pierwszego pobytu! W naszej zamkniętej enklawie jest wszystko, co pozwala "spokojnie egzystować" w kilkuset tysięcznym tłumie - jest wygrodzone pole namiotowe tylko dla nas, osobne sanitariaty, kuchnia, prąd, slackline'y, pumptrack, zadaszone namioty, ścianka wspinaczkowa i last but not least - ekipa indywiduów, ludzi z pasją, znawców swych tematów, ludzi inspirujących i pozytywnie zakręconych. Jest tak, że właściwie Woodstock mógłby nie istnieć - ale istnieje. I huczy, i dudni, i grzmi...

...O poranku, w środku nocy (choć mam wrażenie, że takie pojęcie tu nie istnieje), za dnia - muzyka z namiotu ASP, muzyka z naszego nagłośnienia i ze sceny głównej. Na dodatek głosy - wszędzie głosy - chodzą i gadają (hitem jest wykrzykiwane z częstotliwością co 10 minut pomiędzy 3 w nocy a 5 nad ranem - bananaaaaaa - co autor miał na myśli nie mam pojęcia). Pajdzia, stały bywalec wielu festiwalów, organizator, techniczny i człowiek orkiestra oprowadzając nas po ogromnych przestrzeniach festiwalowych, mówi, że festiwal to masy ludzi, którzy idą nie wiadomo skąd i dokąd. Ale chodzą, przemieszczają się, płyną. I faktycznie - stajemy na chwilę na wzniesieniu skąd rozpościera się widok na główną scenę i pole namiotowe i obserwujemy ład w nieładzie poruszających się kolorowych fal. Na dodatek pole namiotowe, które zaczyna i kończy się na horyzoncie ze względu na opady deszczu (błoto po kostki) oraz bezgraniczną pomysłowość mieszkańców we wznoszeniu konstrukcji dziwnych, by tylko przed tym deszczem się uchronić przypomina obóz uchodźców w Calais, co w tym przypadku ma swój bezapelacyjny urok!

Muzyka nigdy nie była moją mocną stroną. Na wszystkie koncerty, na kilku scenach przez trzy dni na palcach jednej ręki policzyć mogę ilu wykonawców znam. Wiem, wiem, jestem ignorantem muzycznym - przyznaję się bez bicia. Ponadto mam agorafobię - boję się tłumu, spinam w sobie i zaczynam dusić, gdy wkoło zagęszczenie jest większe niż 4 osoby na metr kwadratowy - wpadam w panikę. Zazwyczaj stronię od koncertów, a akcje promocyjne w stylu - rzucili crocksy do lidla i kto pierwszy ten lepszy - nawet oglądane na monitorze wywołują u mnie duszności. Idealne warunki zatem by wybrać się na festiwal, nie?

Jednak wszystko jest dla ludzi. Nie wchodziłam w pogo pod sceną, nie biegłam w tłum. Jedyny koncert na jakim jako-tako byliśmy, oglądaliśmy z backstage'u, co muszę przyznać też było niezapomnianym wrażeniem. Podobnie jak niezapomnianym wrażeniem jest oglądanie tego płynącego tłumu - kolorowych ludzi, uśmiechniętych, pozytywnie nastawionych, poprzebieranych, manifestujących swoje ja, swoją indywidualność i niepowtarzalność. W dobie cherlawych metro-nastolatków ubieranych przez wielkie koncerny odzieżowe na jedną modłę, aż miło popatrzeć na tę różnorodność - co z resztą sami możecie zobaczyć na zdjęciach zrobionych przez Jasia i Artura. 

Podsumowując? To trzeba przeżyć! Choć raz w życiu! Przeżyć by móc się wypowiadać w temacie. By móc powiedzieć, że muzyka łączy pokolenia, że była to już 22 edycja festiwalu i przyjechał nań zarówno młody narybek jak i starzy "wyjadacze", którzy pamiętają ich pierwszy festiwal w 1995 roku. By stwierdzić, że panująca tu atmosfera jest wyjątkowa, ludzie uśmiechają się do siebie, są życzliwi, pomocni. Że idąc sama czuję się tu bezpiecznie, mimo tylu różnych ludzi! Że organizatorzy, patrole stają na głowie by było bezpiecznie i by zapewnić wszelkie możliwe dogodności festiwalowiczom. Tym bardziej boli po przyjeździe czytanie w sieci tych smutnych słów i wylewania żalów, osób które swoje pojęcie o Woodstocku kreują na bazie przekazów medialnych i chorych ideologii. Wielka Orkiestro Świątecznej Pomocy - odwalacie kawał doskonałej roboty i róbcie to do końca świata - i o jeden dzień dłużej!



























14 stycznia 2016

Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Samotni

Na sali ukrop, ludzie przekrzykują się, raz po raz wybuchają salwy śmiechu. Trwa kultowa licytacja podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Schronisku w Samotni. Pod młotek właśnie wjechał Bałwan Zenon (choć z moją pamięcią do imion równie dobrze mógł nazywać się Staszek, Zbyszek albo Mietek). Zenon ma nos z marchewki, oczy czorne i usadzony jest w plastikowej misce. Idzie za 250 złotych.

Koleżance po przepuszczeniu miesięcznej pensji puszczają nerwy, wychodzi w obawie przed wydaniem kolejnych pieniędzy. W ręku dzierży unikatowe kartki pocztowe i drewniany symbol om. Kto i skąd go tu przytargał tego już nie wiem. Nie zdziwiłabym się, gdyby wrócił z dalekiej podróży ze znamienitym polskim himalaistom.

Legendy gór, ich miłośnicy, pasjonaci – takimi ludźmi wypełnione jest po brzegi w świąteczny weekend schronisko w Samotni. W dzień spacery, prelekcje z gór, podróży, o pasji… w nocy licytacja i impreza niemalże do rana przy doskonałej muzyce puszczanej przez multi-kulti zadaniowego Sokoła.

Kto nie był, koniecznie musi się wybrać. Wszakże może być ciężko z miejscami noclegowymi, ale zawsze w pobliżu jest jeszcze Strzecha Akademicka. Najtwardsi zaś docierali (a po imprezie wracali) albo do Karpacza albo do Domu Śląskiego. Można również testować gumowość pokojów w schronisku Samotnia. Nam udało się wyspać w komfortowych warunkach (czyt. nikt nie musiał spać w pozycji embrionalnej) w 11 osób plus husky w 6 osobowym pokoju. Z resztą najlepiej temat ujął, znów Maciek – poirytowany ilością telefonów przed wydarzeniem, opublikował na swoim fejsie komunikat:

„Do wszystkich moich dalszych i bliższych znajomych, którzy zetknęli się z brakiem miejsc w Samotni oraz kojarzą, że ja prowadzę jakieś schronisko, więc pewnie coś wiem.
Owszem wiem, że miejsc dawno już nie ma, pokój którym ja zawiaduję ma już średnie obłożenie 6 osób/łóżko, najbliższe wolne noclegi są w Gołebiewskim w Karpaczu, a Magda usunęła konto z Facebooka bo ją za dużo znajomych nagabywało.
Wiem te, że:
- Gleba do tej pory nie była wykorzystana w 100%
- Podczas sobotniej imprezy i tak nikt nie śpi w całym schronisku.
- Pole namiotowe na stawie przy Samotni jest nielegalne. Extra, nie?
- W każdym pokoju śpi jakiś znajomy szczęśliwiec z facebooka, może warto przeczytać jego tablicę aby potem zagaić - ale fajnie, że byłeś w ..... [tu wstawić przeczytane], przy okazji - przenocujesz mnie?
- nawet jeżeli dane łóżko wydaje się być zajęte - cóż szkodzi wsunąć do wyra się nad ranem w pozycji "na waleta"?
- Dużo Samotniowych pokoi ma boazerię. Można wziąć dwa haczykowkręty oraz hamak i radośnie dyndać nad podłogą pełną ludzi.
- Statystycznie rzecz ujmując parę osób zaśnie czule obejmując toaletę. Ich pierwotne miejsca do spania pozostaną wolne być może dla Ciebie...
- Nie, nie można spać na sali głównej. Jak nie rozumiesz czemu - Pani Grażynka Ci wytłumaczy.
- Dobra flaszka na wkupne dzieńdobry może wiele. Japońska whisky czyni cuda.
- Powoływanie się na zniżki PTTK to, jakby tu powiedzieć, nie najlepsza metoda persfazji.
- Jeżeli ktoś się niby gorzej poczuje i liczy na izolatkę - uprzedzam, że będzie dr. Banan. Istnieją anonimowi świadkowie, którzy oceniają ten sposób jako wyjątkowo bolesny, upokarzający i końcowo absolutnie nieskuteczny. Jedyny plus to darmowa kolonoskopia bez znieczulenia." 



Niebo nad stawem oraz Śnieżne Kotły przy których stoi schronisko - fot. M.Arcimowicz ze strony schroniska

Sobotni spacer

Karkonosze - specyficzne góry

w kierunku na Śnieżkę

widoki przed Domem Śląskim

#rodzinazwyboru

Bogdan Jankowski podpisuje łup wylicytowany na aukcji.
Jesteśmy tu już drugi raz i wiemy, że na pewno nie ostatni!