14 lipca 2014

Tabor na Szałasiskach

To kultowe miejsce obozowania wspinaczy w Dolinie Rybiego Potoku. Jest to jedna z baz letnich Polskiego Związku Alpinizmu tuż obok Polany Rogoźniczańskiej. Ta pierwsza ze względu na położenie w Tatrach Zachodnich jest z automatu miejscem dla speleoświatka. Tabor na Szałasiskach natomiast obsługuje ruch wspinaczkowy w rejonie Tatr Wysokich, zaraz za całoroczną Betlejemką.

Szałasiska są mega kultowym i klimatycznym miejscem, gdzie przy niepogodzie czy wieczorami można posłuchać opowieści prosto z gór - tych niższych i tych najwyższych. Na każdym kroku ślad istorii - a to jakaś proca, a to odciśnięty ślad po kimś albo po czymś, kartki, plakaty, opisy, topo, mapy... Polana w środku lasu w ciepłą wodą do kąpieli i wifi! Tego jeszcze nie było :)

Obozowisko jest dostępne dla światka górskiego, czyli wszystkich zrzeszonych w PZA, UIAA bądź niezrzeczonych - wspólnym mianownikiem jest - wspinanie. Szczegóły dotyczące bazy tatrzańskej, rezerwacji, akcji zniżkowych i innych są uaktualniane przed każdym sezonem na stronie PZA.


Stąd też bardzo blisko do schroniska - czyli miejsca dożywienia się, dojedzenia i... obserwacji :)


13 lipca 2014

Spina na wspinie czyli Lewi Wrześniacy na Zamarłej Turni

Dzień później znów stajemy pod ścianą. Tym razem jesteśmy tu dużo wcześniej i będziemy ścigać się z czasem, bowiem pogoda nie daje za wygraną - znów ma padać, znów mają nadciągać burze.

Dzisiejszy stan psychofizyczny nie jest najlepszy - noc spędziliśmy w Schronisku w Pięciu Stawach - i zdawać by się mogło, że powinniśmy być wyspani, wypoczęci, najedzeni - rzeczywistość okazuje się jednak zgoła odmienna. W Pięciu Stawach poznajemy sporo ludzi - jest to wyjątkowe schronisko, które mam wrażenie jakoś zbliża do siebie ludzi - wieczorem wszyscy zasiadają przy stołach w jadalni i rozmawiają popijając piwo. Nie inaczej było z nami :) Zawiązane jednak wieczorową porą przez Ricciego znajomości procentują rano, gdy głodni i bez kasy (a właściwie bez kasy dla zasady-jedzenia przecież mamy pod dostatkiem w równoległej dolinie, na taborze) dostajemy od jednych pasztet, od drugich chleb, od trzecich kanapki. Ricci za każdym razem wkracza dumny z siebie z darami w rękach. Ścisła reglamentacja jaką wprowadzamy na ten dzień procentuje faktem, że wspinam się ze szturm żarciem, litrem wody i nawet nie dotykamy tego w ścianie...

Ricci w zjeździe z Lewych Wrześniaków

Ale po kolei - dzisiejszym celem są Lewi Wrześniacy na Zamarłej Turni - w końcu konkret wspinanie :) Dziś idę na drugiego - prowadzi Ricci - i byłoby pewnie wszystko ok gdyby nie mokre miejscami chwyty po wczorajszej zlewie, mega ekspozycja z wizją pięknego lotu krajoznawczego w razie czego i... zlewa na ostatnim wyciągu. Droga ma cztery wyciągi - robimy ją podobnie jak poprzednie w zespole trzyosobowym. Moim zadaniem jest dziś czeszczenie drogi ze szpeju zostawionego przez Ricciego i ogarnięcie stanowiska tak by nie schłamić lin - czyt. moja ostatnia specjalność.

Zamarła Turnia w tle - przerażająca adekwatna nazwa do tego miejsca

na podejściu jest jeszcze sporo śniegu - ale nie tylko tutaj - wiele szlaków jest jeszcze zasypanych, z czego niektórzy turyści niestety nie zdają sobie sprawy

Skupienie podczas asekuracji

na stanowisku jest fajnie :) W oczekiwaniu z Kaziem na skalnej półce na roznoszące się echem "chooooodź"

no i trzeba opuścić bezpieczne stanowisko i iść...


i iść...

i dalej iść....

i ciągle w górę...

raz po raz spoglądając za siebie...

Na szczycie - jak zwykle powierzchniowo mega obszernym, tak że nogi można przewiesić przez grań na dwie doliny - ulewa, lina się plącze... dobrze, że nie wali piorunami.

w zjeździe oczywiście już słońce - suszymy się.

Sweet focia - bo jakby inaczej - Ricci - bohater dnia dzisiejszego

i Kaziu na zjeździe, podczas którego uczym się jak najszybciej i najsprawniej opuszczać ścianę.

12 lipca 2014

rozmowy w kolebie

Podejście - żar leje się z nieba. Przekraczamy Świstówkę, przy schronicku odbijamy na Zawrat, ze szlaku na Kozią Przełęcz... po 3 godzinach jesteśmy pod ścianą i... znad Słowacji przyciągają czarne chmury. Bacznie je obserwujemy, szpeimy się z myślą, że może jakimś cudem przejdą bokiem i tak w promieniach słońca w sumie czekamy na czychający kataklizm. Już, już bierzemy liny... już wyruszamy pod skałę aż tu grzmot jeden, drugi i wiadomo - ze wspinania nici. Nie znaczy to jednak, że nasza długa droga nie zda się na nic. O nieeee... dziś kolejna lekcja pokory, dystansu, cierpliwości i docenienia najmniejszych nawet wygód - choćby takich jak ta - koleba.

Szpeimy się z nadzieją, że jednak uda nam się wbić w Zamarłą.

Koleba w całym swoim pięknie.
Koleba to miejsce powstałe z naturalnie zawalonych głazów, uszczelnionych małymi kamykami - by w razie draki spędzić tu załamanie pogody nie zostając przemoczonym do suchej nitki. Szybko zatem po pierwszych grzmotach wczołgujemy się do środka - dla komfortu rozkładamy liny, plecaki by izolowały nas od kamieni - jak nieopierzone ptaki w gnieździe tulimy się do siebie - koleba jest mała i przemaka. Kiblujemy z dobre dwie godziny - prowadzone są rozmowy o wszystkim, co chwilę ktoś zasypia, ktoś inny się budzi. Za "oknem" leje jak z cebra, z rzadka sypie grad. Tyle było z naszego wspinania. Zamarła Turnia już drugi raz daje mi znak, że nie będzie wcale tak łatwo...

Czujemy się prawie jak w naszym podziemnym środowisku - czyli trójka grotołazów w ciasnej kolebie.