16 lipca 2014

żabio mi - czyli o wspinie na Żabiego Mnicha

W Dolinie Rybiego Potoku stojąc przed schroniskiem mam wrażenie jak okiem sięgnąć w lewą stronę wszystko nazywa się żabio… jest Żabia Lalka (turniczka prężąca się na skraju grani – nomen omen też Żabiej), Żabi Mnich, Żabi Koń, Żabie Wrota, Żabi Szczyt, Żabie Wrótka, Żabia Szczerba… a gdyby wychylić się przez główną grań, to jeziorka po słowackiej stronie również noszą nazwę – żabich… Żabich Stawów Białczańskich.

Naszym celem jest Żabi Mnich - droga Czech-Ustupski. Prognozy zapowiadają zlewy dopiero koło południa stąd postanawiamy wstać bardzo wcześnie i bez zbędnego wachlowania się ruszyć od razu w góry. Klasycznie przed wyjściem wizyta na pierwszym piętrze schroniska w celu wpisania się do książki wyjść - przed nami udał się tylko jeden zespół tego dnia już w ścianę. Czyżby reszta zwątpiła w pogodę, która ma być nam zaserwowana?

Mkniemy wzdłuż Morskiego Oka, podchodzimy na Czarny Staw i kierujemy się czerwonym szlakiem. Z Cywińskiego próbujemy wyczytać gdzie to trzeba uciekać w lewo by dojść do celu, jednakże mam wrażenie jego opisy służą tylko tym i tylko dla tych są logiczne, którzy choć raz już rzeczoną drogą szli. Odbijamy na lewo koło pięknej koleby i pniemy się w górę przez piargi, kosówki do Mokrej Wanty - czyli pochyłej płyty z piękną ekspozycją w dole, na której nie chciałabym się znaleźć w trakcie deszczu. Generalnie - mówię i mam....

Do grani Żabich dochodzimy w żwawym tempie, mijamy stada hasających kozic,pod nami malują się cudowne widoki, jak okiem sięgnąć nie ma żywej duszy... Delikatny deszcz i nieciekawe chmury przewalające się przed grań Wołowych trochę studzą nasz entuzjazm - chodzimy to tu, to tam, uczymy się topografii, robimy zdjęcia i wyczekujemy co to będzie...

Ale nie ma nic prócz tego lekkiego deszczu (który jak się okazało miał być dla nas ostrzeżeniem) i nagle... taka sytuacja - Ricci w ścianie z całym żelastwem, ja w butkach wspinaczkowych na dole asekuruję a tu łup, dup, grzmot, świst, błysk - deszcz, grad, coraz więcej gradu, nogi po kostki w śniegu, po kasku wali jak oszalały, kominem który wychodzi Ricci płynie już strumień wody (ma swój kanioning) szaro, buro i mokro. Dodatkowo blokuje nam się lina, na raz robi się meeega zimno - puchówka i ciepłe ubrania w plecaku - na wyciągnięcie ręki ale i tak nie czas teraz na ich ubieranie. Woda leje się już wszędzie a my mega wysoko, mega daleko i jedyne o czym myślę, to zrzucić sprzęt, wpakować do plecaka i spadać stąd jak najszybciej...

W zejściu znów robi się pogoda ale mamy już dość. Niezła lekcja pokory muszę przyznać. Z podwiniętymi ogonami wracamy na dół. Przy zejściu poręczujemy mokrą wantę - są tam zostawione dwa haki i taśmy z których można zjechać, bowiem jak myślałam jazda po śliskiej i mokrej wancie mogła by się skończyć dłuuuugim lotem. Przy zejściu, im niżej i dalej po burzy poprawiają nam się humory. 

Po raz kolejny doceniam ubrania górskie które mam... puch mimo wszystko, że wilgotny od razu grzeje roztaczając miłe ciepło.... powerstrechowe legginsy mimo, że mokre dają ciepło, lekka kurtka goretexowa stanęła na szczycie zadania nie przepuszczając ani kropli a grube wełniane skarpety jak nic innego grzeją nie sprawiając wrażenia przemoczonych do ostatniej nitki. Dzielę się swoim wielkopomnym odkryciem z Riccim, który komentuje bardzo słusznie - kiedyś nie było takich wynalazków a w Tatrach mimo to siekano takie drogi i robiono takie rzeczy, które mogą nam się tylko śnić!


Tuż przed trawersem Mokrej Wanty
Podejście jest dość psychiczne aczkolwiek przepiękne - w dole Czarny Staw oraz Morskie Oko

Wyłania nam się  Żabia Grań z charakterystycznym pipantem Żabiej Lalki.

Cały czas widzimy schron nad Morskim Okiem choć jesteśmy wysoko i daleko

W oczekiwaniu na sygnały z nieba - w te czy we wte

i harce

z nudów

do czasu zapadnięcia decyzji - w ścianę!

I gdzieś tam Ricci w wycofie



14 lipca 2014

Tabor na Szałasiskach

To kultowe miejsce obozowania wspinaczy w Dolinie Rybiego Potoku. Jest to jedna z baz letnich Polskiego Związku Alpinizmu tuż obok Polany Rogoźniczańskiej. Ta pierwsza ze względu na położenie w Tatrach Zachodnich jest z automatu miejscem dla speleoświatka. Tabor na Szałasiskach natomiast obsługuje ruch wspinaczkowy w rejonie Tatr Wysokich, zaraz za całoroczną Betlejemką.

Szałasiska są mega kultowym i klimatycznym miejscem, gdzie przy niepogodzie czy wieczorami można posłuchać opowieści prosto z gór - tych niższych i tych najwyższych. Na każdym kroku ślad istorii - a to jakaś proca, a to odciśnięty ślad po kimś albo po czymś, kartki, plakaty, opisy, topo, mapy... Polana w środku lasu w ciepłą wodą do kąpieli i wifi! Tego jeszcze nie było :)

Obozowisko jest dostępne dla światka górskiego, czyli wszystkich zrzeszonych w PZA, UIAA bądź niezrzeczonych - wspólnym mianownikiem jest - wspinanie. Szczegóły dotyczące bazy tatrzańskej, rezerwacji, akcji zniżkowych i innych są uaktualniane przed każdym sezonem na stronie PZA.


Stąd też bardzo blisko do schroniska - czyli miejsca dożywienia się, dojedzenia i... obserwacji :)


13 lipca 2014

Spina na wspinie czyli Lewi Wrześniacy na Zamarłej Turni

Dzień później znów stajemy pod ścianą. Tym razem jesteśmy tu dużo wcześniej i będziemy ścigać się z czasem, bowiem pogoda nie daje za wygraną - znów ma padać, znów mają nadciągać burze.

Dzisiejszy stan psychofizyczny nie jest najlepszy - noc spędziliśmy w Schronisku w Pięciu Stawach - i zdawać by się mogło, że powinniśmy być wyspani, wypoczęci, najedzeni - rzeczywistość okazuje się jednak zgoła odmienna. W Pięciu Stawach poznajemy sporo ludzi - jest to wyjątkowe schronisko, które mam wrażenie jakoś zbliża do siebie ludzi - wieczorem wszyscy zasiadają przy stołach w jadalni i rozmawiają popijając piwo. Nie inaczej było z nami :) Zawiązane jednak wieczorową porą przez Ricciego znajomości procentują rano, gdy głodni i bez kasy (a właściwie bez kasy dla zasady-jedzenia przecież mamy pod dostatkiem w równoległej dolinie, na taborze) dostajemy od jednych pasztet, od drugich chleb, od trzecich kanapki. Ricci za każdym razem wkracza dumny z siebie z darami w rękach. Ścisła reglamentacja jaką wprowadzamy na ten dzień procentuje faktem, że wspinam się ze szturm żarciem, litrem wody i nawet nie dotykamy tego w ścianie...

Ricci w zjeździe z Lewych Wrześniaków

Ale po kolei - dzisiejszym celem są Lewi Wrześniacy na Zamarłej Turni - w końcu konkret wspinanie :) Dziś idę na drugiego - prowadzi Ricci - i byłoby pewnie wszystko ok gdyby nie mokre miejscami chwyty po wczorajszej zlewie, mega ekspozycja z wizją pięknego lotu krajoznawczego w razie czego i... zlewa na ostatnim wyciągu. Droga ma cztery wyciągi - robimy ją podobnie jak poprzednie w zespole trzyosobowym. Moim zadaniem jest dziś czeszczenie drogi ze szpeju zostawionego przez Ricciego i ogarnięcie stanowiska tak by nie schłamić lin - czyt. moja ostatnia specjalność.

Zamarła Turnia w tle - przerażająca adekwatna nazwa do tego miejsca

na podejściu jest jeszcze sporo śniegu - ale nie tylko tutaj - wiele szlaków jest jeszcze zasypanych, z czego niektórzy turyści niestety nie zdają sobie sprawy

Skupienie podczas asekuracji

na stanowisku jest fajnie :) W oczekiwaniu z Kaziem na skalnej półce na roznoszące się echem "chooooodź"

no i trzeba opuścić bezpieczne stanowisko i iść...


i iść...

i dalej iść....

i ciągle w górę...

raz po raz spoglądając za siebie...

Na szczycie - jak zwykle powierzchniowo mega obszernym, tak że nogi można przewiesić przez grań na dwie doliny - ulewa, lina się plącze... dobrze, że nie wali piorunami.

w zjeździe oczywiście już słońce - suszymy się.

Sweet focia - bo jakby inaczej - Ricci - bohater dnia dzisiejszego

i Kaziu na zjeździe, podczas którego uczym się jak najszybciej i najsprawniej opuszczać ścianę.