18 października 2011

poręczowanie

Sporo czasu minęło i sporo jaskiń obeszliśmy pomiędzy pierwszym a drugim wyjazdem kursowym.               W końcu i ten doszedł do skutku, po całym tygodniu zimna i deszczu nadszedł czas... zimna i słońca :) Ekipą w składzie 8 kursantów i Docent nasz guru wyruszyliśmy na dwudniowy wyjazd kursowy na górę Birów. Przedostatni już wyjazd przed obozem zimowym w Tatrach. 


Przez dwa dni zgłebialiśmy techniki poręczowania, w pierwszy dzień w lajtowym jeszcze wydaniu, natomiast w drugi atakując najwyższą, 35 metrową ścianę Birowa z ekspozycją taką, że na samą myśl znów ręce mi się pocą. Z całym szpejem, zaufawszy tylko sobie w montowaniu stanowiska, z worem z liną 50 metrową przy tyłku - ot tak wychylić się ze Sfinka i zacząć zjeżdzać w wielką przepaść, znad brzegu której widać panoramę Jury jak okiem sięgnął i czubki drzew, bowiem sam Birów i tak już jest położony na wzniesieniu.
Pierwsza zaporęczowana przeze mnie droga była istną traumą - z jedną tylko przepinką - a cała reszta w totalnej lufie, takiej, że podchodząc po linie człowiek obracał się 360 wokół własnej osi bez możliwości zatrzymania się, wisząc pod okapem. Wrażenia bezcenne...


Podobnie jak mroźna noc, poranny szron, nauka węzłów przy żurku w bochnie chleba oraz gitara przy ledwo palącym się ognisku. Po takiej hibernacji przez cały weekend i wycisku góra dół, góra dół po linach doceniłam po raz kolejny mój ciepły dom, bieżącą wodę i przytulne łóżko :)

11 października 2011

Studnisko

Do końca nie wiadomo było, co będziemy robić w ten brzydki, deszczowy, ponury poranek sobotni. Wyjazd kursowy na poręczowanie odpadł, z racji faktu, że skały całe mokre. Spręż na jaskinie w sumie jakiś był, tyle tylko, że nie wiadomo czy od czwartku nadal trzyma. Okazało się, że jednak trzyma. Wyruszamy rano w nieśmiertelnym składzie Włoska, Mati, Misiek, Elvis i ja a za cel obieramy Studnisko.

Studnisko to największa jaskinia Jury. Imponująca komora główna do której się zjeżdża jakieś 35 metrów należy do największych krasowych komor Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Samo dno jej mianowicie mieści się na głębokości 75,7 m. Znaczy to, że 35 metrów pokonuje się w wolnym zjeździe w imponującej lufie w czeluści ciemności. A kolejne 40 metrów pokonuje się na zmianę – idąc, czołgając się, wspinając, przeciskając, zjeżdżając. To co najpiękniejsze chyba w tej jaskini, to samo dno z krystalicznie czystą wodą, która je zalewa. Ponownie jak ostatnim razem (dobrych 5 lat temu – kiedy mój przyjaciel zabrał mnie tu pierwszy raz – a była to dopiero moja 2 jurajska jaskinia?!) byłam pod wrażeniem ogromu pierwszej komory i malutkiego okienka gdzieś w dachu, którym się wychodzi na powierzchnię.

Znalezienie otworu trochę nam zajęło. Właściwie mam wrażenie, że  tego dnia szukaliśmy wszystkiego. Najpierw parkingu przy barze leśnym, by tam we w miarę bezpiecznych warunkach porzucić auto, później szukaliśmy dziury rozdzielając się na 5 stron świata, a w dziurze bez planu szukaliśmy dalszych korytarzy. Podczas mrożącej krew w żyłach eksploracji Włoska się prawie zaklinowała na amen a ja usnęłam :)


Całość akcji zajęła nam niespełna 4 godziny. Bynajmniej nie robiliśmy tego na czas, co widać. Ostatnie drałowanie do góry, z plecakami (postanowiliśmy nic nie zostawiać przy otworze, bowiem słyszeliśmy wiele mało pozytywnych opinii o zwyczajach tu panujących) rzeczone 35 metrów z połanietką i crollem dało nam w kość i dało sporo do myślenia. Przed obozem tatrzańskim koniecznie trzeba będzie pomyśleć o jakimś wytężonym treningu! Na górę docieramy cali, szczęśliwi i umęczeni. Do skutku doszła akcja, którą ja od samego początku skazywałam na niepowodzenie. Koniec końców – jak zawsze było za….iście! Zastanawiamy się tylko, kiedy w końcu rozpoczniemy kurs – bo w sumie fajnie by się było w  końcu czegoś więcej nauczyć! :)

30 września 2011

jaskiniowo

No i w końcu, oficjalnie rozpoczął się kurs w dąbrowskim speleoklubie. Pierwsze zajęcia udało nam się spędzić w dwóch, na codzień zamkniętych jaskiniach :Wiernej i Wiercicy. Była wielka impreza, zlot okolicznych grotołazów, było ognisko, kryptonit i super bohaterowie.



Drugi dzień spędziliśmy na poszukiwaniu Piętrowej Szczeliny i zjeździe do jaskini Przekątnej, która dosłownie odkopywana jest przez dąbrowski klub speleo. Póki co zapowiada się całkiem nieźle, wejście do niej to ogromna, szeroka i długa studnia. Resztę... trzeba odkopać :)

                                 Wyjście z Przekątnej

... i  to było na kursie. A kolejne jaskinie odkrywaliśmy już z ekipą z klubu - Agą, Olem, Magdą, Matim, Marem oraz Jackiem, który czekając na nas przed jaskinią prawie zapuścił korzenie. Plan na weekend był treściwy - sobota wspin, niedziela jaskinie. Padło na kultowe Podzamcze oraz Grochowiec. Dziwne, bo to drugie, w sumie okazałe zbiorowisko skał widziałam na oczy dopiero teraz pierwszy raz. Spręż oczywiście wszystkim towarzyszył od wczesnych godzin porannych - nie ma co! :) Noc spędzamy na robieniu pieczonek i doprowadzania ogniska do podczerwoności! Nie ma co noce już są zimne... 

                                 Przygotowując się do akcji w Twardej

Następnego dnia postawiliśmy już na jaskinie!Zaczynamy od Twardej, która niesamowicie ryje mi psychę,śniąc mi się później po nocach. Twarda jest typem jaskini tektonicznej, gdzie w środku wisi wszystko na słowo honoru, łącznie z plakietkami zjazdowymi... Odkryta całkiem niedawno, w związku z czym mało osób przez nią się przewinęło. Nasze wejście było prawdopodobnie 9 w jej historii. Wrażenie - hmmm kupę luźnych kamoli, całkiem ciasno ale przede wszystkim dużo za dużo wspinania zapieraczką bez żadnego zabezpieczenia z lufą pod stopami. Ogólnie - no more time! ;)

                                 Popołudniowy posiłek przed kolejną akcją szturmową

Akcja zajmuje nam chyba więcej czasu niż się spodziewaliśmy. Wieczorem po posiłku postanawiamy znaleźć jeszcze jaskinię Spełnionych Marzeń. Krążymy gdzieś w promieniu 50 metrów od otworu ale i tak nic nie widzimy. Nawet nie spieszy nam się już tak bardzo zobaczyć jakikolwiek otwór. Ja przynajmniej po Twardej nie mam już siły psychicznej żeby zejść do następnej. Jednakże po chwili stajemy przy otworze jaskini Józefa. I jakoś dziwnym trafem siły wracają! 


Pakujemy się do środka, całkiem spory zjazd - mimo wszystko czuję się o niebo bardziej komfortowo niż w tej poprzedniej. Biegamy tu i tam - na lewo, na prawo kolosalnej szczeliny, schodzimy do najniższego punktu, próbujemy znaleźć coś jeszcze nie odnalezionego, aż w końcu w zupełnych ciemnościach, w nocy wychodzimy na powierzchnię. Kto zmęczony, ten zmęczony :) Ja bardzo!


W poniedziałek po pracy rozliczamy zaległości z dnia poprzedniego. W niedzielę bowiem planowaliśmy 3, w porywach 4 jaskinie. Wyszło, jak wyszło - zaledwie dwie. Udajemy się zatem ponownie do Jaroszowca i odnajdujemy jaskinię Błotną. Dodam, że nazwa mówi sama za siebie. Dość ciasny zjazd z przepinką i niezłym zaciskiem i dno pełne cuchnącego błota!
Słuchając Ola pchamy się na samo dno i szukamy przejścia gdzie go nie ma. Sporo podwspinywania się, liczne przeszkody wymagające sprytu i zwinności, zwłaszcza gdy ma się na sobie dużo za duży kombinezon :) Błotna jednak strasznie mi się podoba tym bardziej, że jest to szybka akcja. Praca, dom po zgarnięcie szpeju, podjazd autem pod dziurę, akcja, ognicho i około północy powrót do domu. No... i tak wyglądają początki kursu speleo :)

                                wspinając się zapieraczką

                                poszukując nietoperzy

                                sforsowawszy zacisk wynurzam się na powierzchnię