10 lipca 2014

kurs taternicki

Kurs taternicki jest nazwijmy to kolejnym etapem wtajemniczenia we wspinaczce. Najpierw zaczyna się jakąś przypadkową bądź nie - zajawką. Następnie są skały, następnie jakieś dalsze rejony wspinaczkowe, aż kiełkuje myśl - trzeba w końcu tą wiedzę usystematyzować i zrobić coś więcej niż kilkudziesięcio metrowe jurajskie skałki.
  
Na Mnichu tłoczno
 A czym w gruncie rzeczy jest kurs taternicki - jest lekcją pokory, zimnym kubłem na głowę, lekcją oczekiwania, wytrwałości, cierpliwości oraz - gdy w końcu uda się wyjść w góry z racji okna pogodowego - spełnieniem marzeń i najpiękniejszą nagrodą za to wyczekiwanie!

Na grani
Ale po kolei - kurs taternicki przeznaczony jest dla osób, które miały już do czynienia ze wspinaniem, czyli są po kursach skałkowych, bądź speleo. Kurs przewiduje najmniej 9 akcji wspinaczkowych oraz 1 dzień przeznaczony na autoratownictwo. Kursy prowadzone są na Hali Gąsienicowej, w rejonie Morskiego Oka oraz w Dolinie Pięciu Stawów (jeżeli oczywiście mówimy o polskiej części Tatr) - czyli tam, gdzie Park wyraził na to przyzwolenie (dodatkowo w Tatrach można się jeszcze wspinać w Dolinie Lejowej i żlebie Jaroniec w Tatrach Zachodnich.

Na Zamarłej Turni - Lewi Wrześniacy

Bazą szkolenia jest albo Betlejemka albo Szałasiska - czyli kultowe miejsca, gdzie nie ma ludzi przypadkowych, gdzie wieczorami lub podczas niepogody można posłuchać wielu ciekawych historii i zaczerpnąć bezcennej wiedzy od wyjadaczy bądź starszych kolegów. Pech chce, że w tym roku z powodu przeciągających się prac remontowych Betlejemka nadal jest zamknięta...

Kurs rozpoczynam z Riccim u znajomego instruktora, który działa również jaskiniowo, szkoli oraz zjadł zęby na ratownictwie górskim. Jednym zdaniem cieszymy się, że to właśnie on wziął nas pod swoje skrzydła. Kurs rozpoczynamy z początkiem lipca, a właściwie końcem czerwca i jest to poniekąd termin dość kontrowersyjny - bowiem to właśnie lipiec jest miesiącem z największą liczbą opadów w ciągu roku. Patrząc jednak na anomalia pogodowe ostatnimi czasy nie wiadomo, czy słusznym jest powołanie się na taką teorię przy wyborze terminu kursu.

Prawie jak blokersi
Ze spraw logistycznych, które mogą przydać się komuś kto wybiera się na kurs - proponuję nie popełnić takiego błędu jaki zrobiłam ja - w ramach akcji odlekczanie zostawiłam swój ciepły śpiwór puchowy w domu na rzecz nie tak ciepłego syntetyka - rezultat - spałam w kurtce puchowej. Temperatury w nocy potrafią spaść na prawdę niewyobrażalnie - z resztą co tu dużo mówić - dwa razy w ciągu zaledwie 10 dni dopadł nas grad. Kaziu natomiast opowiadał - "z kroniki TOPR" - o wypadkach, gdzie w szczycie sezonu nastąpiło załamanie pogody - burza, śnieżyca i ze ścian ściągano skrajnie wyczerpanych łojantów... Stąd też pakując się na kurs niech nie zmyli nas pora roku :)

Ja nie wiem jak po takiej kiepskiej zimie może nadal leżeć tyle śniegu!
Kolejna sprawa to jedzenie - warto zaopatrzyć się w szturm żarcie, dobre, bogate śniadania - natomiast jeśli chodzi o obiady i syte akcje górskie - odżałować sobie i wybrać się na przysłowiowego schabowego do schronu :) Pamiętać o tej zasadzie, gdy jest kilka dni niepogody (dupówy) i jak mantrę wmawiać sobie - dziś nie zasłużyłem na porządny obiad - nie było akcji, nie będzie obiadu w schronisku - lecimy na zupkach ;) Jest to dodatkowo niezły element motywacji.

Na stanowisku ciężka praca
Buty... wspinaczkowe - ale nie te których używamy w skale, syczymy gdy je zakładamy, oddychamy z ulgą gdy je zdejmujemy. Nie dajmy się również zwieść przy kupnie nowych butów "znawcom" sklepowym wyznającym zasadę, że but musi być o pół numeru za mały - ot dla prezycyjnego wyczucia skały. Nic bardziej głupiego! But nie może być uniwersalny - na baldy, w skałki i w tatry - ten tatrzański musi bądź co bądź dawać nam choć namiastkę komfortu! Kilka godzin w ścianie, cienka skarpetka i... kolejne dni wspinu, gdzie nie możemy mieć skasowanych stóp. Na graniówki natomiast podobnież jak i łatwiejsze drogi w zupełności sprawdzą się podejściówki. Długo zastanawiałam się nad trekami, ale Kazio doradził by wziąć jednak jakieś lżejsze buty - i był to strzał w 10 - wspinanie z plecakim z ultralekkimi salomonami, a ciężkimi trekami robi różnicę :)

Chyba nie warto jest zbyt często patrzeć w dół

Z rzeczy oczywistych, o których mało kto myśli jest wzięcie ze sobą woreczków śniadaniowych czy folii aluminiowej (co wyczytałam w jakiejś relacji z kursu). Ja do listy oczywistych oczywistości, które przez głowę mogą nie przejść dorzucę jeszcze preparat przeciwko komarom, muszkom i innym takim, które skutecznie zaatakowały nas pewnego dnia na taborze. Przyda się również jakiś długopis i kartki do rysowania szkiców dróg...

Lista jest jeszcze długaaaa lecz pokonanie trasy z tobołami do taboru skutecznie zweryfikuje nasz ferwor pakowania się!

25 czerwca 2014

letni tatrzański - idee fixe

Wspinanie w Tatrach było od dawien dawna dla mnie idee fixe. Kiedy tylko pierwszy raz bezkarnie zeszłam ze szlaku by podążyć pod ścianę, gdy oderwałam się od tabunów pędzących po tatrostradach, gdy usiadłam na półce skalnej pod nogami mając kilkudziesięciometrową przepaść pomyślałam, że to jest to. To obcowanie z naturą, nie słyszenie niczego więcej niż wiatru hulającego i świszczącego między skałami, pogwizdywań świstaka, pojedynczych odgłosów ludzkiego bytu gdzieś tam…




I później po całym dniu to błogie zmęczenie, ta wielka moc i zarazem przeogromna niemoc.

Właściwie bardzo podobnie jest z jaskiniami – tylko te doznania są nieco inne. Jest ciemno, zimno i nawet w upalne, słoneczne lato ciężko sobie wyobrazić będąc pod ziemią, że gdzieś tam na górze jest sucho i ciepło. I mimo, że Tatry od środka są równie piękne to jednak nijak te wrażenia estetyczne mają się do tego co widać w pełnym świetle, wkoło Ciebie gdy stoisz na szczycie, bądź wędrujesz granią – o wspinie nie wspomnę. I na pewno nie jedna ta bardziej i ta mniej tatrzańska dusza przyzna, że w tych naszych górach jest coś wyjątkowego i coś ujmującego.






Zatem dopinam swego i po wielu latach chcenia i nic nie robienia z tym chceniem ruszam na kurs tatrzański do znajomego instruktora, taternika, toprowca i grotołaza w jednym. Oczywiście podekscytowanie jest przeogromne, bo sama wizja dwóch tygodni odosobnienia w górach i wspinania jest wydawać by się mogło lekiem na całe zło. Z tyłu głowy już kluje się kilka pomysłów na wykorzystanie zdobytych umiejętności… może uda się nawet jakieś projekciki zrealizować w tym sezonie – tylko znów przydałaby się taka zima jak w zeszłym roku!

Kościelec 2005 rok


23 czerwca 2014

Najgorzej!

Trzy lata temu hasłem przewodnim wyjazdu było "imo v cool". W tym roku znajomy przytargali miażdżącą manierę określania wielu aspektów naraz jednym przysłówkiem - najgorzej! Najgorzej - czyli jedno z tych cyklicznych spotkań, kiedy nagle droga z różnych stron Polski nie wydaje się aż taka długa i ochoczo wiara przyjeżdża na Jurę!

Przez Rzędki na Górę Zborów - wędrowniczki w akcji
Zaczęło się po pierwszym roku studiów, gdzie z Łukim, Andrzejem, Elvisem, Jędrasem i Agatką mamy ambitny plan przejechania z Częstochowy do Krakowa na rowerach. Jest rok 2005... niefortunnie naszą przygodę zaczynamy od Częstochowy. Dlaczego niefortunnie? Bowiem już po pierwszym dniu postanawiamy zatrzymać się na działce pod Mirowem. Jest tak miło, błogo...więc dlaczego ruszać się stąd dalej?

Kolejny najazd grupy zorganizowanej z Poznania to już 2009. Zakończenie studiów, tuż przed rozjazdami wszystkich we wszystkie strony świata. Impreza połączona z pięcioleciem matury... Około 40 osób i impreza w starym dobrym stylu, kiedy to chodziło się na nocne spacery, wkradało po cichaczu (teraz już można o tym pisać) na zamek w Bobolicach...

W 2011 znów zalegliśmy przy ognisku w tym samym miejscu nieco już jednak zdziesiątkowani. Przez zaledwie kilka dni przeżyliśmy cztery pory roku, a zimno tak dało nam w kość, że poubierani we wszystko co możliwe na skały ruszyliśmy poowijani w śpiwory budząc powszechne zainteresowanie turystów.

Jest 2014... znów jesteśmy w tym samym miejscu, znów twarze, które niekiedy widzi się tak rzadko, a które mimo wszystko są tak bliskie i tak wyjątkowe, że nawet ta świadomość niewidzenia się przez wiele miesięcy nie ma najmniejszego znaczenia. Znów pląsy na skałach, ogniska, spacery, śpiewy przy gitarze... Znów pstrąg w Złotym Potoku, próba organizacji niezorganizowanych, długie śniadania i jeszcze dłuższe kolacje.

Jest moc, magia i to poczucie, że nawet jakby z tą ekipą siedzieć w domu zamkniętym przez te kilka dni to i tak będzie cudownie!

składanie ofiary pod kapliczką - za ładną pogodę
 
I ta podlesicka droga rodem jak z Arizony...
Ekipa fotograficzno-dopingująca na pierwszym zjeździe
i bezbłędna Ola z Marcinem nadzorującym pierwsze kroki w pionie
Marcin niczym kontroler ruchu dający znak do zjazdu

kultowe zdjęcie - edycja 2014

piknik nad wiszącą skałą

i zejście wycieczki zorganizowanej

Ata łoi - są postępy! Wszyscy podziwiamy nogę flex :)

kilka technicznych aspektów przed wspinaniem

i making of lustrzanego odbicia

do boju!

I znów Ata w akcji - moim zdaniem powinna się przeprowadzić do DG taki talent wspinaczkowy marnuje się w Poznaniu!

W pewnym momencie asekuracja nudzi, gdy za plecami cała loża szyderców...

Magic dokumentator

Adept był moją pierwszą skałą evaaaaaa (jakieś 12 lat temu) - może będzie również początkiem dla innych?

sweet focia pn. na zamku straszy