15 stycznia 2011

Sic, Sic!


Sic, Sic - ŁaSic, ŁaSic! Tak w tym oto niebieskim bolidzie siedzi nasz Łasic, nasz kochany Łasic, który od 15 stycznia Łasicem już nie jest. To znaczy jest, bo zawsze będzie, bo ksywki niekiedy przyrastają do nas na długie, długie lata. W uroczym kościółku w Sławkowie wraz z kilkuosobową reprezentacją starych dobrych przyjaciół uczestniczyliśmy w ceremonii ślubnej. I cóż - przyznam, że nieraz łezka mi się w oku zakręciła. Przed oczyma przeleciało mi wiele wspólnych wyjazdów, chwil, lat spędzonych w jednej licealnej klasie. Achhh czas szybko leci, wiele osób pojawia się i znika, a chwile jak te utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że friends will be friends. :)

5 stycznia 2011

Stok - Nowa Osada - rozpoznanie terenu


Po powrocie z sylwestra nie wysiedzieliśmy długo w domu. Ale w sumie nic dziwnego, bowiem biorąc pod uwagę, ze z naszej Dąbrowy Górniczej w góry jest na prawdę rzut beretem - wystarczy się skrzyknąć, wstać trochę wcześniej niż zwykle i na jeden choćby dzień skoczyć w nasze Beskidy. Tym razem namówieni zostaliśmy przez Magdę, Rafała, Baranka i Filipa na Wisłę i wyciąg Nowa Osada. Jak to utarło się mówić ostatnimi czasy - dupy nie urywa - ale i tak całkiem nieźle. Przede wszystkim ponieważ było niewiele osób, zatem zero kolejek zatem jazda non stop. Ceny całkiem przyzwoite. Niby trzy trasy ale tak na prawdę wszystkie trzy na jednym stoku a co najlepsze w promieniu do 40 metrów od wyciągu krzesełkowego więc jak na moje różnicy wielkiej między nimi nie było.  Rewelacyjnie znów było pośmigać w starym składzie. Z Combem wchodziliśmy na krawędzie, próbowaliśmy jakichś bzdurnych i niepotrzebnych trików a jak się zmęczyliśmy odpoczywaliśmy w pobliskim szałasisku. Elvis przeszedł sam siebie i nagle ni stąd ni  zowąd zaczął elegancko krawędziować (sam uważa, że to zasługa grzanego piwa z sokiem malinowym, wiadomo te miękkie kolanka). Jednakże zaliczył też kilka pięknych gleb... ach te prędkości. No nic - pod koniec stycznia przesiadamy się na narty na tydzień i pod bacznym okiem instruktora będziemy szlifować swoje umiejętności narciarskie. Zatem wszystkich zainteresowanych zapraszam na południe PL na szussss, szusssss, szussss :)

4 stycznia 2011

backcountry in da mountain

Piękna zima, śniegu mnóstwo - czas zatem wyruszyć w góry by się trochę zmęczyć. Od kiedy mamy śladówki łażenie samo w sobie po górach traci trochę sens. Bo na co się zapadać po kolana, pas w śniegu skoro można sunąć na nartkach a z gór zjeżdżać dużo, dużo szybciej niż schodząc. Jedyny warunek sprawnego poruszania się po górskich szlakach to foki i jako-takie zdolności narciarskie - my niestety ani jednego, ani drugiego nie posiadamy :/ Zatem sfrustrowani naszą wyprawę rozpoczynamy od napicia się piwa "na odwagę" w schronisku na Obidzy.


 Później już wzdłuż granicy wpinamy się w narty. Szlak wiedzie przepiękną polana ciągnącą się na grani a rozdzielającą nasz kraj od naszych południowych sąsiadów Słowaków. Podążając dalej czerwonym szlakiem można dotrzeć do Szczawnicy. Bardzo miła i piękna dzienna wędrówka, a aby ją urozmaicić (bo przecież chodzenie jest nudne) można wsiąść na rower lub pokwapić się o narty śladowe, tak jak my to zrobiliśmy. W pewnym momencie odbijamy na Wielki Rogacz i tam już testujemy tutejsze szlaki narciarskie.


Wniosek - na ogół pokrywają się ze szlakami pieszymi - co na przykład zdecydowanie wzmaga poślizg i przyspieszenie, zwłaszcza na stromiznach ale... co jest zmorą - i to nie tylko nas narciarzy, ale i turystów pieszych - quady i skutery śnieżne... O ile te drugie oprócz produkowania spalin i straszliwego hałasu nie niszczą tak szlaków i zalegającego na nim śniegu, tak quady, a zwłaszcza nieumiejętnie poruszający się na nich nowicjusze boksują tak kołami, że mimo kilkunasto/kilkudziesięcio centymetrowej pokrywy śnieżnej tu i ówdzie leżą kamienie, ziemia od boksujących w miejscu kół. Także co jak co ale quadom w miejscach takich jak to mówimy zdecydowane nie. I nie to, że jestem przeciwko tej formie aktywności, wręcz przeciwnie. Wydaje mi się tylko, że popularność tych maszyn zdecydowanie przerosła wszelkie oczekiwania i często władze lokalne nie potrafią sobie poradzić z jakąkolwiek kontrolą tego ruchu, nie ma wyznaczonych tras, jednoznacznej formy kontroli. No cóż...


Ale ja tu gadu, gadu o quadach - a tak na prawdę nasza przeprawa - o zgrozo - przez góry do Piwnicznej do bankomatu zakończyła się po kilku godzinach i kilkunastu przemierzonych kilometrach. Zmęczenie dało w kość. W zupełnych już ciemnościach zjeżdżaliśmy do samego centrum Piwnicznej. Kilka godzin do sylwestra a my zmęczeni, przepoceni, głodni, brudni ale z uśmiechami na twarzach! A po cóż nam fryzury, piękne ubrania i elegancja na ten wieczór?! Sami swoi przecież! Grunt, żeby się dobrze bawić!