24 marca 2015

Chill w Chile

 Chile...

Kraj liczący ponad 4000 km długości, w najwęższym miejscu mierzący zaledwie 90 km. Wciśnięty pomiędzy wybrzeże Pacyfiku a pasmo Andów, gdzie w ciągu zaledwie jednego dnia, i to samochodem można znad wysokości morza dostać się na prawie 6000 metrów. 

Maciek, Kakuś, Kanion i ja wspinając się na znak in the middle of nowhere, a właściwie na przejściu granicznym Argentyna/Chile na Paso San Francisco (4726 m. n.p.m.). Granicy nie wyznacza tylko brama lecz również urywający się nagle od Chilijskiej strony asfalt.

Kraj, w którym mówi się po hiszpańsku, ale nie kastylijsku. Który od północy po południe serwuje nam krajobrazy całego globu od najsuchszej i najmniej przyjaznej krainy Atacamy, przez coś na wzór naszej makii śródziemnomorskiej, lasy deszczowe po skrajnie nieprzyjazne lodowce, wieczne zmarzliny Ziemi Ognistej. Z jednej strony urokliwe szerokie plaże, klify, za chwilę fiordy i rozszarpane grzywami fal wybrzeże. Wulkany, gejzery, gorące źródła, ośnieżone szczyty i pustynia.

Panamericana - czyli 25750 km droga łącząca Patagonię z Alaską, biegnąca przez 15 krajów.

Po przemierzeniu tego kraju ciężko zebrać myśli. Ciężko napisać o Chile jako o całości. Ciężko stwierdzić czy bardziej urzekła nas srogość klimatu, odległych bezludnych miejsc czy tętniące ulice miast, rozleniwione psy leżące na chodnikach i niezwracające uwagi na nic i ta bujność przyrody, czy ściany lasu do którego bez maczety się nie zbliżaj!
Gry jednak opuszcze się wygodą płatną autostradę dobrze mieć autoterenowe i mocne nerwy! A jeszcze mocniejszy żołądek, wiele tu zakrętów a droga często prowadzi przez wysokie góry!

Postawiliśmy na Chile z prostej przyczyny – naszym głównym celem było zdobycie którejś z gór, z serii tych najwyższych, tych naznaczonych eksploracją Polaków w okresie międzywojennym. Plany mieliśmy bardzo elastyczne, dostosowane do pogody, naszych nastrojów i samopoczucia. Na początku jedyną pewną rzeczą był fakt, że lądujemy w Santiago – that’s it!

Pierwsza noc na odludziu, nie pojawił się nawet pies z kulawą nogą. Nie było też zadnego krzaka... na poranną toaletę. Padł na mnie wówczas blady strach.

Jak to zazwyczaj bywa przy pakowaniu się na ostatnią chwilę oraz gnaniu na „łeb na szyję” popełniliśmy kardynalny błąd chowając raki do podręcznego bagażu, który to po odprawieniu bagażu głównego trzeba było nadać jako dodatkowy, który to w końcu po dotarciu do Chile po prostu zaginął… Ale potraktowaliśmy to tylko jako dobry znak na nadchodzący niemalże miesiąc w podróży.

Jest woda - jest życie! Laguna Santa Rosa 3700 m. n.p.m. nasz pierwszy obóz aklimatyzacyjny. To słone jezioro zwane salarem jest ostoją flamingów. Salar objęty jest konwencją Ramsarską stanowiąc ważny obszar ochronny o znaczeniu międzynarodowym. Ilość soli wytrącającej się na jego brzegu jest imponująca! W oddali szczyty: Nevado Tres Cruces.
Klęska urodzaju - Rio Lama

Baseny termalne w Laguna Verde - naszym obozie na 4300 m n.p.m.

Nasz wyjazd podporządkowany był działalności górskiej, stąd też pierwsze nasze kroki skierowaliśmy na północ kraju, do Copiapo. Północ kamienisto-księżycową, suchą, pozbawioną życia. Ta część kraju gości wyścig Paryż – Dakar, stąd też na autach sporadycznie można ujrzeć naklejki imprezy. Następnie odbijamy na wschód w stronę granicy z Argentyną, by tam zaszyć się na najbliższych 10 dni zyskując aklimatyzację na nasz cel – Ojos del Salado, najwyższy wulkan ziemi, drugi co do wysokości szczyt Ameryki Południowej o wysokości 6893 m n.p.m.

Przedstawiamy nasze auto do zadań specjalnych - trochę się dusiło na wysokości powyżej 5000 metrów, stąd zazwyczaj staraliśmy się stawiać go "przodem do ekspozycji".

Następnie znużeni niezmiennością krajobrazu północy ruszamy na południe, przez Copiapo, gdzie akcję górską rekompensujemy sobie genialnymi stekami, Santiago gdzie zmieniamy naszą Toyotę Todoterrano na coś szybszego i mniejszego po Puerto Montt, gdzie w końcu mają się zacząć nasze wymarzone wakacje, zwiedzanie i poznawanie kultury! Dość z odludziem, teraz chcemy się integrować! Oglądać, wypoczywać, spacerować, jeść!

Ekipa na spacerze aklimatyzacyjnym. Choć cały czas świeciło słońce, a temperatura w namiocie potrafiła za dnia sięgać do 40 stopni, nieustający wiatr sprawiał, że wcale ciepło nie było. (fot. M. Sokołowski)

W Copiapo życie płynie swoim rytmem, jest początek marca, dzieci po dwumiesięcznych letnich wakacjach wracają do szkół, jest zielono, pachnąco, głośno. Fikusy które znamy z domowych doniczek osiągają kilka do kilkunastu metrów wysokości - wszystko w normie ;)
Pustynna północ kraju zdominowana jest przez duże auta, pick-upy - nie inaczej jest okazuje się na południu. Tutaj Puerto Montt.


Z rozpędu wpadamy na Carreterę Austral –droga krajowa nr 7, główna arteria komunikacyjna i właściwie jedyna łącząca północ z południem czyli Puerto Montt z Villa O’Higgins. To najpiękniejsza trasa widokowa Chile biegnąca w głąb Patagonii. Po drodze mija się wiele parków narodowych, rezerwatów, wodospadów, lodowców, wysokich gór, ścian zapierających dech w piersiach, gejzerów i gorących źródeł. Carretera Austral stanowi cel sam w sobie, idealny na włóczęgę rowerową, na wypożyczenie vana, bądź przejechanie jej 4x4 (choć i zwykłym autem podobnież też się da). My docieramy najdalej do pierwszej przeszkody jaka pojawia się na naszej drodze przeprawa promowa, najbliższy prom za 3 dni i absolutnie żadnej innej drogi by dostać się dalej. Zatem carreterę kończymy w Hornopiren, niemalże szybko i niespodziewanie jak ją zaczęliśmy. 

Przyznaję się... wpadł nam do głowy pomysł "wysokoczenia" na Wyspę Wielkanocną. Jednak naszą ułańską fantazję powstrzymał termin biletu powrotnego. Ale zgodnie z porzekadłem "Nie przyszła góra do Mahometa, Mahomet przyszedł do góry" my naszego Kolosa odnaleźliśmy w stolicy Chile - Santiago.

6435 kilometrowa linia brzegowa Chile jest niezwykle urozmaicona. Na północ od Chile liczne są urokliwe spoty idealne do surfingu.

A z "darów" Pacyfiku tworzy się kosmetyki.

Teraz spokojnie zmierzając na północ skupimy się na pobliskich miejscowościach oraz parkach narodowych, które odsłonią przed nami surowość natury, bezwzględność sił przyrody… przed nami urokliwe: Petrohue z górującym nad małą osadką wulkanem Osorno, turystyczną mieścinę z backpackerskim klimatem Pucon u stóp wulkanu Villarica, który z początkiem marca bieżącego roku poczynił lekkie spustoszenie. 

Gdy nagle kończy się droga, a słupy wysokiego napięcia wpadają wprost do oceanu wiedz, że coś się dzieje i najlepiej jest wtedy... po prostu wracać skąd się przyjechało. Hornopiren. (fot. W.Grzesiok)

Dolina Cochamo
Cochamo, urokliwa wioska na końcu fiordu. Dolina o tej samej nazwie nazywana jest Yosemitami Ameryki Południowej ze względu na wysokie granitowe ścianiska opadające ku dnie doliny.
Do doliny Cochamo można dostać się bądź na piechotę bądź konno. Nie ma innej drogi, a czas przejścia zajmuje około 4 godzin. Ale co to za droga! Co to za las!

Petrohue z górującym ad wioską wulkanem Osorno.

Petrohue - wulkaniczna plaża z czarnym piaskiem, jezioro, góry i ośnieżone szczyty wulkanów.

Odwiedzamy winnicę Santa Cruz w dolinie Colchagua. Dolina położona jest około 160 kilometrów na południe od Santiago, jest jednym z najbardziej charakterystycznych obszarów winiarskich Chile.  Od czasów kolonialnych dolina ta zawsze była atrakcyjna dla produkcji winiarskiej.  Idealne warunki pogodowe tu panujące sprawiały, że w tej dolinie Hiszpanie budowali piękne posiadłości dziedziczone  przez kolejne pokolenia. Często projektowali je europejscy architekci. W połowie XIX wieku do Chile sprowadzono odmiany bordoskie. To właśnie Cabernet, Merlot i Carmenere stanowią dziś wizytówkę tutejszego winiarstwa.
Winnica Santa Cruz, w której zamiast do obiadu napić się lokalnego wina biegaliśmy między grządkami na deser zajadając się winnymi gronami.

Gorące źródła Los Pozones to jedne z tysiąca takich miejsc w Chile

W Chile spędzamy w sumie 22 dni, z czego 10 dni zajmuje nam akcja górska. Z całą pewnością to zdecydowanie za mało by poczuć klimat Ameryki Południowej. Pomyśleć, że zwiedziliśmy zaledwie skrawek zaledwie jednego kraju… Z zazdrością patrzeliśmy na parę autostopowiczów z Niemiec, którą zabraliśmy na stopa, a która zaczynała dopiero swoją półroczną podróż po Ameryce Południowej.






1 komentarz :

  1. Jak zwykle piękne zdjęcia. Wspaniałe wakacje. Znam M. Sokołowskiego (autor podpisany pod zdjęciem), ale chyba to nie ten ;)

    OdpowiedzUsuń