29 stycznia 2014

zimowy trip solo - ku Czerwonym Wierchom

Wiosenna pogoda wygnała nasz kurs do domów. Szczęściarze zrobili co mieli do zrobienia, wysiedzieli się w Tatrach przez tydzień i czmychnęli do domów albo jeszcze w piątek, albo w sobotę. Ostały się jedynie niedobitki. Plany na niedzielę miałam-powstało tylko pytanie - co na sobotę? Trening biegowy w Chochołowskiej i później narty w Białce czy jakiś ciekawy szlak? Cóż za dylematy swoją drogą - ach ciężkie to życie ;)

Gdy budzik zadzwonił wcześnie rano, a z nieba prószył delikatny śnieżek - pomyślałam sobie - do licha ciężkiego - a może tak przymknąć jeszcze oko. Może zostać? Może odpuścić? Może wsadzić tyłek w auto, później posadzić na wyciągu i pojeździć na stoku? Ale myśl o porannych widokach, o samotnej wędrówce, o tym swobodnym przepływie myśli, otwarciu umysłu wzięło w momencie górę nad porannym nieogarnięciem. Bramki w dolinie Kościeliskiej przekraczam jeszcze przed ich otwarciem. Kościeliska jest zupełnie pusta, z naprzeciwka zbliża się biegacz, pewnie kończy swój trening wracając ze schroniska na Ornaku, pozdrawiamy się biegowym gestem. Jest cicho, pusto, pruszy ale w górze gdzieś widać, że chmury się przerzedzają a za granią leniwie wstaje słońce. 

Cel na dziś - skrajny z Czerwonych Wierchów czyli Ciemniak (2096 m n.p.m.). Czerwony szlak prowadzący na szczyt kojarzę z podejścia do jaskini Marmurowej. Wyplute płuca, suchość w gardle, ciężki plecak i grupa kolegów z kursu gnających jak szaleńcy pod górę i ja ostatnia z zadyszką i jęzorem po pas, próbująca ich dogonić. 

Tym razem jest zima, śniegu właściwie co kot napłakał a ja nie wiedzieć czemu znów lecę na łeb na szyję, zupełnie jakby ktoś mnie gonił. Mijam Polanę Upłaz, przypominam sobie pierwszą akcję jaskiniową w Tatrach - Czarną i podejście do niej ze śniegiem po pas. Na Piecu widzę dziwne ślady. Zastanawiam się, czy szedł tędy jakiś wielki pies, np. ratowniczy, czy może za krzakiem czycha wilk. I zaraz myślę sobie, że chyba wolę lato, bo przynajmniej nie widać na śniegu tych wszystkich śladów dzikiej zwierzyny...

Słońce powoli wychodzi nad grań, po lewej cieniem na dolinę kładzie się Giewont, po prawej znad chmur przebija się Kominiarski Wierch, za plecami pręży się w dali Babia Góra. Jest cudnie.

Wejście na Ciemniak nawet przy najdogodniejszych warunkach pogodowych należy do jednego z trudniejszych pod względem kondycyjnym. Na odcinku 5km trzeba pokonać aż 1150 m przewyższenia, ale dzięki temu szybko zostawiam w dole las i wychodzę na trawers Chudej Turni. Mimo małej ilości śniegu, to znaczy torować nie trzeba, idzie się raczej lajtowo - raki i czekan okazują się niezbędne - zwłaszcza w niefajnym przejsciu, trawersie nad Małą Świstówką, gdzie na samą myśl ześlizgnięcia się i zlądowania w Wantulach zrobiło mi się gorąco. 

Mój wstępny plan zejścia przez Dolinę Tomanową odkładam na przyszły raz. Szlak średnio jest przedeptany, oznaczenie gdzieś się zapodziało stąd też z Chudej Przełęczy po spotkaniu jedynej osoby póki co na szlaku, lekko zagubionej kończącymi się nagle śladami na śniegu, ruszam na szczyt z nowym kompanem wędrówki. Przez grań przewalają się chmury, zaraz góry zakryje mgła. Póki jednak się da chłonę widoki...


Giewont widziany z Pieca

Kominiarski Wierch budzący się ze snu

Czerwone Wierchy


Tatry Zachodnie z Chudej Przełęczy

Piękna grań Tatr

Na szczycie Ciemniaka

Rzut okiem za granicę 
Wczesnym popołudniem jestem na bazie i zastanawiam się co zrobić z tak wspaniale rozpoczętym dniem. Odpowiedź przychodzi szybko - znajomi, skitoury i drewniana chatka na szczycie Kotelnicy. Tak niewiele trzeba by doładować akumulatory, poznać tyle nowych, wartościowych osób...

A tu jeszcze kilka zdjęć wysłanych przez napotkanego kompana wędrówki.








28 stycznia 2014

Miętusia i Śpiących Rycerzy - czyli z kursem do jaskiń

Dzień przed przyjazdem sypnęło śniegiem. Sypnęło na południu kraju, bowiem północ od dawna pogrążona już była w trzaskających mrozach i pokryta kołdrą śniegu. Nic to jednak w porównaniu z tym jak miało być - a miały być biegówki po dolinach tatrzańskich i skitoury z Zachodnich Tatrach. Miały być też długie akcje jaskiniowe, a tu pod ziemią zdaje się wiosna w pełni!

zalany przełaz przez syfon Zwolińskich

Do Zako docieram w nocy, po tym jak autobus spóźnił się w Katowicach prawie godzinę. Szczęście udaje mi się dogadać ze współpasażerem, który z Zako oferuje mi podwózkę do naszej bazy w Kościelisku. Wchodzę do Galiców, światła pogaszone, wszyscy śpią a mimo to czuję się jak u siebie w domu - nic się nie zmieniło. Takie dziwne uczucie - że mimo upływu długiego czasu niektóre rzeczy są niezmienne. Rano ruszam z kursem do jaskini Miętusiej. Zapowiada się fajna akcja -pętla przez Korytarz Trzech Króli i Kaskady. Gdy jednak pokonujemy długą rurę wlotową, która przypomina zjeżdżalnię w aquaparku - jest tak wyślizgana, okazuje się, że dalsze przejście jest niemożliwe. Syfon Zwolińskich jest tak zalany, że jedyne co możemy to popatrzeć sobie na niezmąconą zielonkawą wodę i znaleźć wyjście z opresji. Akcja skończyła się na dojściu do syfonu w Partiach Nietoperzowych i dopłynięciem pontonem do Wantul.

Na dole mamy tyle czasu, że Bartek wczuwając się w rolę przewodnika opowiada nam o historii którą niesie ze sobą Jaskinia Miętusia. I tak na przykład Komora pod Matką Boską, gdzie robimy reścik swoją nazwę wzieła w sumie od tragicznej sytuacji. 


W roku 1936 dwaj robotnicy zatrudnieni przez braci Zwolińskich do oczyszczania wspomnianego już syfonu, wracając z roboty stwierdzili, że z wyjściowego Ciasnego Korytarzyka leje się kaskadą woda. Przerażeni przesiedzieli w salce kilkanaście godzin, czekając aż woda opadnie, umożliwiając wyjście z jaskini. Ślubowali, że jeśli wyjdą cało z pułapki, wrócą do owej salki i powieszą tu wizerunek Matki Boskiej. Obrazek zamocowany przez nich na ścianie wisi tam do dziś.


Swoją historię ma też Zacisk Polskiej Kroniki Filmowej znajdujący się kilkanaście metrów od wejścia w rzeczonej już na początku rurze zjazdowej. Mianowicie nazwa upamiętnia wydarzenie jakie miało miejsce w sąsiednim Zacisku Kuczyńskiego. Jedna z wypraw postanowiła nadać swoim działaniam medialny wymiar i zaprosiła Polską Kronikę Filmową do wykonania reportażu z jaskini. Niestety początkowo bardzo pewny siebie operator (nazwisko nie znane) utknął w Zacisku Kuczyńskiego, spanikował i wycofał się na powierzchnię. Ponieważ miejsce tej historii było już nazwane, więc wydarzenie zostało upamiętnione w nazwie najbliższego zwężenia (ok. 2 m dalej) wgłąb jaskini.

Dolina Miętusia

Pontonem pod ziemią - tego jeszcze nie grali

Jak tu wyjść by nie wpaść do wody i nie podziurawić pontonu?!

Czekając na wolną linę z Moniką i Maćkiem
Piątek przynosi kolejną akcję - niby lajtową - jednak w tym lajcie trochę się zatraciliśmy. Ruszamy doliną Małej Łąki ku jaskinii Śpiących Rycerzy. Widoki są cudowne, podejście doliną, choć długie to mega lajtowe. Problemy zaczynają się jednak gdy schodzimy ze szlaku i okazuje się, że podejście pod jaskinię jest całkowicie zalodzone. Nie byłoby oczywiście żadnego problemu, gdybym raki i czekan leżące przy łóżku wzięła ze sobą a nie zostawiła na bazie. Nieoceniona okazała się pomoc dziewczyn które podrzuciły mi raki gdy weszły na górę oraz poręczówka, którą zrzucił Emo. Nie ma to tamto - kiedy podchodzę pod otwór pukam się w głowę i myślę sobie - to się paniusia wybrała w góry....

Akcja jest krótka bowiem i jaskinia jest lajtowa. Właściwie to przypomina to ponurą jaskinię jurajską. Trochę czołgania, zjazd, wielka sala, znów giełganie i z powrotem. W części przyotworowej jaskini Śpiących Rycerzy znajduje się system ciasnych korytarzyków z wyraźnym przewiewem. Jeden z nich, o długości kilkunastu metrów prowadzi w głąb jaskini. Urywa się on 10-metrowym, gładkim progiem do dużej Sali Śpiących Rycerzy. Ma ona wymiary 40 na 15-18 metrów i znaczną wysokość. Jej dno pokryte jest głazami i grubym rumoszem. W dolnej części sali można przedostać się do Sali Dolnej skąd bierze początek ładnie myty korytarz. Jednak kończy się on ślepo w zawalisku. Nazwa jaskini pochodzi od położenia w Masywie Giewontu i związaną z nim legendą. Jest to jedna z niewielu leżących w Giewoncie większych jaskiń i wielu grotołazów spekuluje nad możliwością przedostania się tędy w głąb tego arcyciekawego masywu.


Wielka Turnia i w oddali Czerwone Wierchy z Wielkiej Polany

Kusowo - Bartek, Iza, Gabi, Robert, Monika, Krzysiek, Maciek i Emo.

Wylodzone podejście pod jaskinię

Wielka Turnia
Akcje jaskiniowe kończymy na przemian to wygrzewając się w wodach termalnych to marznąć biegając od basenu do basenu. Z siniakami na nogach wyglądamy jakby nas gdzieś pobito. Ale cóż... nikt nie mówił, że życie grotołaza jest lekkie ;)


6 stycznia 2014

Babia Góra wiosenną zimą

Historia zdobywania Babiej Góry zimą rozpoczęła się w 2002 roku. W kilka osób z liceum oraz z KW Katowice w śniegu po pas wybraliśmy się na najwyższy szczyt Beskidów. Później kilkukrotnie wracaliśmy tam z większym lub mniejszym skutkiem. Były godziny dupówy (czyli kiepskiej pogody), którą trzeba było przesiedzieć w małym, ciemnym, niskim pokoiku starego schroniska, było wyskakiwanie z nudów z drugiego piętra w zaspy śnieżne, była nauka węzłów, był stały gwóźdź programu - czyli drytooling na szopę gdzieś po drodze i inne równie mądre umilacze czasu. Tyle wspomnień... Obecnie na Markowych Szczawinach stoi od 2009 wypasione schronisko - właściwie hotel (jakież było moje zdziwienie gdy dotarłam tam na tourach i zwątpiłam czy aby jestem w tym miejscu, w którym mam być czy coś przeoczyłam). Ale cóż... świat idzie do przodu, więc nie ma czasu na sentymenty i wspominki starego, drewnianego schroniska.

Na Babią wybieram się zatem, hmm...szósty raz, z czego piąty znów zimą. Powód - szczyt życzył sobie zdobyć mój tata. Hmmm widzę pewną analogię do Rysów. Aby wycieczka była przyjemna, jak najmniej forsowna postanawiamy wyruszyć z Przełęczy Krowiarki. Stąd szlak pnie się powoli po ułożonej na kształt schodków ścieżce najpierw na Sokolicę, by później nieco się wypłaszczyć i przez Kępę, Gówniak dotrzeć do najwyższego szczytu - Diablak. Śniegu jak na lekarstwo nie znaczy to jednak, że czujemy się w pełni komfortowo. Z każdym krokiem po opuszczeniu granicy lasu wiatr mam wrażenie chce nas zepchnąć z grani. Na szczycie wieje już tak mocno, że poraz kolejny trzeba zapierać się kijkami i napierać na wiatr by nie odlecieć. Poliko z lewej strony niemal odmrożone, wiatr niesie ze sobą mgłę w skutek czego gdyby nie dobre ubrania zaraz przemoknięci bylibyśmy do suchej nitki. Mimo prawdziwego piekła, które rozgrywa się na górze, a o którym pojęcia nie mają przypadkowe wycieczki wybierające się tam z dzieciakami, czy też w dzinsikach i lekkich butach, na dole panuje elegancka pogoda. Może nie ma słońca, widoczność nie powala, ale jest ciepło i bezwietrznie!

W schronisku rest, by później już lajtowo wrócić niebieskim szlakiem biegnącym Górnym Płajem (czyli starą drogą myśliwską), który od razu wydaje mi się idealny na biegówki. Prowadzona trasa niemalże po jednej poziomicy stwarza idealne warunki do fajnego treningu, który można przedłużyć trawersując cały masyw Babiej aż za Cyl. 

Jako, że widoków nie było, zdjęć nie mamy ponieważ odmówiły wszelkie nośniki do posta załączam opis szczytów panoramy z Babiej - równie przydatny uważam :)



5 stycznia 2014

Czupel - Beskid Mały - czyli sylwester lejdis!

Beskid Mały - nie Beskid Niski - Mały! Niski! - zażarta debata co jest co w drodze do Zakopanego.       W końcu googluję odwiecznie myląsy mi się temat i już wszyscy wszystko wiedzą - Beskid Mały!
Mały, niepozorny, niewysoki a jednak urokliwy. Złaszcza (podejrzewam) zimą na biegówki - wbijając raz na pewną wysokość możemy pokonać długie kilometry właściwie po jednej poziomicy, nie tracąc wysokości, bądź nie łamiąc nóg. Jestem tu drugi raz i drugi raz w myślach plącze mi się - pierwszy śnieg - pierwszy weekend tourowy właśnie tutaj!

Przed schroniskiem na Magurce
Z Agą pakujemy się do porannego pociągu - zdaję sobie sprawę, że choć znamy się tak długo, i nie jedno razem przewspinałyśmy, czy przełaziłyśmy to właściwie we dwie jesteśmy pierwszy raz w górach. Nie licząc Doliny Strążyskiej, dawno, dawno temu.

Plan na dziś - poszwędać się trochę i przywitać Nowy Rok! A gdzie lepiej otworzyć szampana niż na szczycie? :) W ekspresowym tempie przy pięknej pogodzie docieramy na Czupel, czyli najwyższy szczyt Beskidu Małego. Jest wszystko co być powinno - pogoda, słońce, widoki, bratnia dusza, pyszne ciacho, zimne ognie i... szampan tudzież wino musujące!

Popas na polanie, chwila kontemplacji na tarasie studenckiej chatki pod Rogaczem z kubkiem ciepłej herbaty w garści, długie rozmowy... w takich chwilach życie jest piękne. Tak jak nadzieję mamy, że ten rok również będzie dobry.

atak szczytowy ;)

Rarytasy wtargane na górę na uczczenie nowego roku!

Dziadówa 

Były i zimne ognie

i rozradowane dzieciaki z zimnymi ogniami

aż w końcu odcięło baterie i trzeba je było trochę doładować w słoneczku

błogi chill - popas na polanie 3 dnia stycznia - taka sytuacja!

chatka studencka Rogacz

Chwilka zadumy z herbatą w ręku na tarasie przed chatką

2 stycznia 2014

Sylwester znów w Tatrach...

Jaki rok - takie plany na sylwestra. Szczerze mówiąc część z nas miała chyba ochotę na tydzień przed końcem 2013 roku schować się w łóżku, odgrodzić od świata i czekać... byleby nic złego już do końca roku się nie wydarzyło. Planów zatem na sylwestra nie było - tym bardziej, że jeśli nie góry to nie sylwester. Gdzieś tam jednak z tyłu głowy siedziały góry... Kiepskie warunki w Tatrach - brak śniegu, ciężkie warunki hydrologiczne w jaskiniach naprostowały nieco plany co poniektórych. Stąd też udaje mi się wybrać z Włoskami i Jackiem do Kościeliska.

Impreza w Warszawskim Klubie, składanie życzeń pod Harnasiem, u wlotu do doliny, gdzie o północy schodzą się wszyscy grotołazi - bezcenne.

Nowy rok przynosi słońce, cudowną pogodę i lekki spacerek, który przeradza się w tor przeszkód od Przysłopu Miętusiego po Kościeliską. Swoją drogą tragiczne do tej pory dojście do Miętusiej w tym roku zapowiada się... jeszcze gorzej - ba! Tragicznie!


Potężny świerk wyjechał na ścieżkę pod Reglami

Cudowne słońce na Przysłopie - swoją drogą idealne miejsce do letniego chilloutu

Kominiarski Wierch

Czerwone Wierchy i Dolina Miętusia

Dojście do Miętusiej